Translate

sobota, 22 lutego 2014

Rozdział VI Moja Rodzina - Brat - Matka+Brat + Matka= Eksplozja Kibli


      Rozdział VI
      Jechałam limuzyną, którą prowadził walnięty bóg karłów. Nie, nie podam wam namiarów na dilera, bo go nie mam. To prawda!
    • A więc jesteś kumplem Sadie tak? - spytała Lissa Besa.
    • Tak, jesteśmy psiapsiołami – oświadczył z dumą Bes – wyciągnęła mnie kiedyś z niezłego bagna.
    • O co chodziło? – spytałam zainteresowana.
    • A zwróciła mi cień – odpowiedział jakby zwracano mu cienie codziennie. Postanowiłam zapytać o coś innego: - A co robisz na co dzień? Masz jakąś rodzinę?
      Bes rozpromienił się: - Mam piękną żonę i trójkę dzieci. Bes Junior, Limuzyna i Sadie Junior. Najczęściej zajmuję się rodziną, ale lubię pomóc starym znajomym. Z resztą Sadie twierdziła, że to ważne. Jesteśmy na miejscu.

Właśnie zajechaliśmy na parking lotniska. Percy i Annabeth poszli załatwić nam bilety do Krakowa. Byliśmy głodni i zmęczeni więc poszliśmy do lotniskowej restauracji. Percy i Annabeth dołączyli do nas po chwili.

  • Wyruszamy za jakieś dwie godziny – oświadczyła Annabeth. Pokiwałam tylko głową, ponieważ usta miałam wypchane spaghetti. Bes opowiadał o przygodach, które przeżył z nie jaką Sadie, a Lissa słuchała. Co jakiś czas kiwała głową i mówiła: - „Tak to do niej pasuje” albo „ Cała Sadie.”
    W pewnej chwili karzeł zamarł w pół słowa.
  • Bes, co się stało? - spytałam, zdumiona, bo przyznaję, sama zaczęłam się przysłuchiwać tym opowieściom.
  • Muszę już ruszać. Spotkamy się w Polsce. - oznajmił Bes.
  • Nie możesz poczekać, aż do naszego odlotu? - spytała z nadzieją w głosie Lissa, która wyraźnie zaprzyjaźniła się z Besem.
    Karzeł uśmiechnął się dobrotliwie: - Niestety nie przyjaciółko Sadie. Nadchodzi teraz inna siła. Inna potęga. Gdy nadejdzie nie powinno mnie tu być. Pa.
    I zniknął. Wtedy ujrzałam tą kobietę. Znałam ją.
  • Witajcie dzieci. Mogę się dosiąść? - powiedziała podchodząc do naszego stolika.
  • Eee, no tak ae jasne – wydukałam jakbym też jak Percy miała glony zamiast mózgu. Kobieta usiadła na krześle, którego mogę przysiąc chwilę temu jeszcze tam nie było.
  • Ja cię chyba znam – powiedział Percy mrużąc oczy w skupieniu.
  • Bogowie mogą zmieniać swój wygląd bardzo łatwo i nie potrzebują do tego magi o nazwie sylikon albo botoks Perseuszu Jacksonie – oświadczyła poważnie kobieta. Chłopak spojrzał w jej oczy, w których płonął ogień. Ale taki ciepły rodzinny.
    Nagle powiedział: - Pani Hestia.
    Chyba zamieniał się pokłonić. Skończyło to się tym, że jego twarz wylądowała w spaghetti. Jego dziewczyna podała mu serwetkę. Doszłam do jednego wniosku w związku z relacjami damsko – męskimi. Przeciwieństwa się przyciągają. Jedno musi być głupie, a drugie mądre. To wyjaśnia czemu wiele par w ogóle istnieje.
  • A ty mnie pamiętasz Leno? - spytała kobieta. Skinęłam niepewnie głową. Pamiętałam. To było półtora roku temu. Biegliśmy z Tomem przez siebie. Byliśmy wykończeni, głodni i przerażeni po półrocznej ucieczce. Nie mieliśmy broni. Jedliśmy resztki z kubłów na śmieci. Czasem kradliśmy. Ścigały nas naprawdę niezadowolone harpie.
  • Lena nie zatrzymuj się – ryknął Tom.
  • Taa, bo właśnie teraz mam ochotę sobie odpocząć – odkrzyknęłam sarkastycznie. Zobaczyłam chińską knajpkę. Zza zaułka, gdzie zapewne były śmietniki i odpady z restauracji wyglądała kobieta. „ Szybko, tędy” odezwał się w moim umyśle głos. Wiedziałam, że to ona mówi do mnie. „ Użyj swojej mocy, nie bój się” usłyszałam jeszcze, a kobieta zniknęła. Chwyciłam Toma za ramię i wbiegłam w zaułek. Byliśmy w ślepej uliczce.
  • Lena, co robisz? Nie mamy tutaj szans – syknął mi wściekły do ucha.
  • Zaufaj mi – odszepnęłam.
  • Jak przez ciebie zginiemy – powiedział – to cię uduszę.
    Na śmietniku leżały dwa przedmioty. Srebrny sztylet z wygrawerowanym trójzębem i łuk z pełnym kołczanem.
  • Bierz łuk – powiedziałam. Wytrzeszczył na mnie oczy.
  • Nie umiem strzelać – powiedział.
  • No, to najwyższa pora nauczyć się tego, masz całe pięć minut – powiedziałam, a gdy chwilę potem rozległ się bardzo blisko skrzek dodałam – poprawka masz pięć sekund!!
    Sama chwyciłam sztylet. Była do niego doczepiona karteczka z napisem „Od Ojca dla Leny”. Zerwałam ją i obróciłam się w idealnym momencie, żeby stanąć twarzą w twarz z harpią. ADHD przydało się na coś, bo to dzięki niemu zrobiłam unik w ostatniej chwili. Ten sztylet był znacznie za krótki. Cholera. Szkoda, że to nie miecz... O matko!! Sztylet zmienił się w miecz! Harpia ponownie rzuciła się na mnie. Przecięłam ją w pół. Popatrzyłam na Toma. Zestrzeliwał z łatwością harpie z łuku. Skubaniec!! Jego strzały były elektryczne. Głos powiedział mi, że mam użyć swojej mocy? Co prawda nie umiałam razić prądem potworów, ale ..
  • Lód – krzyknęłam. Harpie zamieniły się w sople. Mój brat obrócił się na mnie z szeroko otworzonymi oczami. I wtedy zmieniło się nasze życie. Nauczyliśmy się walczyć z potworami. Już nie jedliśmy po śmietnikach. Tom nauczył się polować. Staliśmy się myśliwymi. Nie zwierzyną. A to wszystko dzięki tej kobiecie. Tej, która teraz siedziała obok mnie...
  • To wtedy byłaś ty – powiedziałam wskazując na sztylet. Kobieta kiwnęła głową.
  • Jestem twoją patronką. Opiekowałam się tobą i śledziłam twoje losy przez cały ten czas – oznajmiła łagodnie.
  • Przez jaki czas? - spytałam – o co ci chodzi?
  • Od czasu rozdzielenia rodziny – powiedziała spokojnie. Nie wiem czemu zerkała też na Percy'ego.
    Coś przewróciło mi się w żołądku. Tom pobladł.
  • Od czasu śmierci mojej matki – wyszeptałam.
    Hestia uśmiechnęła się łagodnie.
  • Ależ kochanie, twoja matka żyje – powiedziała.
  • Co? Nasza matka żyje? – krzyknął Tom. Hestia spojrzała na niego ze smutkiem.
  • Nie. Twoja matka nie żyje Tom. Wiesz o tym. Jesteś mądrym chłopcem – powiedziała do niego niczym psycholog próbujący małemu dziecku wyjaśnić coś ważnego. To było niemożliwe. Co ona mi próbuje powiedzieć?
    • Może lepiej pokażę ci Leno. Zrozumiesz swoją przeszłość. Wtedy lotnisko rozpłynęła się wokół mnie. Znajdowałam się gdzie indziej. W jakimś małym, skromnym, ale jednocześnie czystym i ładnym pokoju. Zapach, który się po nim roznosił skojarzył mi się z czymś. Z czymś przyjemnym, odległym i znajomym. Zakręciło mi się lekko głowie. To było to samo uczucie, gdy ujrzałam Percy'ego. Jakbym go znała, ale nie wiedziała skąd. Może nie jego samego, ale na pewno te morskie oczy i słoneczny, sarkastyczny uśmiech. W pokoju tyłem do nas siedziała jakaś kobieta. Spojrzałam na moich przyjaciół. Krzyknęłam. Wyglądali jak jakieś duchy. Uważnie przyglądali się pokojowi. Kobieta nawet się nie obejrzała.
    • Mamusi – rozległ się dziecięcy głos i do pokoju wpadł chłopiec. Miał trzy góra cztery lata. Rozpoznałam go. To był z pewnością mały Percy Jackson. Kobieta wstała i obróciła się do chłopca z szerokim uśmiechem. Była piękna. Na jej twarzy nie było nic sztucznego. W jej wyrazie też nie. Oczy miała ciemno – niebieskie. Identyczne jak moje. Ciemno brązowe włosy opadały lekkimi falami wokół jej twarzy. Miała ładną opaleniznę, a na nosie kilka piegów od słońca. Mogła mieć z dwadzieścia pięć lat. Była chyba w siódmym może ósmym miesiącu ciąży.
    • Mama, co ona tu robi? – powiedział Percy ten, który nie robił już do nocnika – Ale ja przecież nie mam rodzeństwa.
      Powiedział patrząc na ogromny brzuch kobiety.
    • Tata przyszedł – powiedziała radośnie miniaturka Percy'ego.
      Do pokoju wszedł mężczyzna. Był bardzo podobny do Percy'ego. To znaczy był o wiele starszy i bardziej przypakowany, ale tak mógłby wyglądać Percy za dwadzieścia lat. On też wzbudził we mnie wspomnienia. Posejdon. Ojciec.
    • Sally moja droga – powiedział z uśmiechem do kobiety całując ja w policzek.
    • Kochanie pójdziesz się pobawić? Zaraz do ciebie z Tatusiem dołączymy – powiedziała łagodnie kobieta do mini–Percy'ego. Gdy chłopiec opuścił pokój bałam się, że za chwilę nastąpi scena od osiemnastu wzwyż, ale Posejdon z mamą Percy'ego wymienili tylko zaniepokojone spojrzenia.
    • Kiedy się urodzi będziesz musiała się z nią udać do delfickiej wyroczni – powiedział Posejdon do pani Jackson patrząc na jej brzuch.
    • Nie możemy z tym poczekać? Aż podrośnie? Do dwunastych urodzin? - wyszeptała panicznie mama Percy'ego.
    • Nie, tuż po urodzeniu – oświadczył tonem nie znoszącym sprzeciwu Posejdon. W jego oczach był smutek. Kobieta westchnęła ciężko i przytuliła się do mężczyzny, a jej ciałem przeszedł nie kontrolowany dreszcz. Sceneria zmieniła się. Byliśmy w pomieszczeniu szpitalnym. W łóżku pod oknem siedziała matka Percy'ego podparta na poduszkach. Na rękach trzymała noworodka. Patrzyła na niego z tym samym uśmiechem, z którym wyglądała jak anioł i spoglądała na swojego synka. Nie było wątpliwości, że to było jej dziecko. Do pomieszczenia weszli czteroletni Percy i Posejdon. Podeszli do łóżka Sally Jackson.
    • Patrz kochanie to twoja siostrzyczka – powiedziała Sally na widok syna.
    • A mnie już nie będziesz kochać, gdy masz ją? – spytał mały Percy z urażoną minę.
    • Mój kochany mały głuptasku, oczywiście, że będę cię nadal kochała. A teraz skoro mam was dwoje to będę cię kochała dwa razy mocniej niż wcześniej – powiedziała Sally Jackson patrząc na synka z lekkim rozbawieniem na twarzy, ale wielką miłością w oczach.
    • A to więcej czy mniej? - spytał czterolatek z bardzo skupioną i poważną miną.
    • Ach, mój mały matematyk – roześmiała się serdecznie Sally – oczywiście, że więcej.
    • To zgoda – powiedział chłopiec patrząc z uśmiechem na niemowlę – jak się nazywa? Chyba nie będziemy o niej mówić siostrzyczka, prawda? To by było głupie.
      Sally spojrzała na syna ze zdumieniem: - Nie, nie będziemy tak o niej i do niej mówić. Ma imię. Bardzo ładne. Ale Percy skąd znasz słowo głupi? To bardzo nie ładnie tak mówić nie używaj tego słowa, proszę.
    • Dobrze mamuś – powiedział Percy zawstydzony tym niezwykle wulgarnym słowem spuszczając wzrok i cały się czerwieniąc. Ale po chwili na jego twarzy pojawił się wyraz zaciekawienia – A jak się nazywa? - Helena. Helena Jackson. Imię ma od najpiękniejszej kobiety na ziemi. Córki Zeusa. Heleny Trojańskiej – powiedziała Sally z uśmiechem pełnym szczęścia i dumy. Rodzina przytuliła się do siebie szczęśliwa. Posejdon pochylił się i szepnął do Sally z smutną miną: - Bogowie nie mogą mieć kontaktu ze swoimi śmiertelnymi dziećmi. Będę was musiał opuścić dzisiaj. I już się nie spotkamy. Nigdy. Przykro mi. Opiekuj się nimi, dobrze?
    • Dobrze – odszepnęła Sally, a przez jej twarz przemknął ślad smutku. Posejdon rozpłynął się, a został po nim tylko zapach morza. Scena znowu się zmieniła. Wytrzeszczyłam oczy. To był obóz herosów. Ku wielkiemu domowi zmierzał mały Percy i jego matka, która pchała wózek. Od czasu szpitala minęło najwyżej kilka tygodni. Na spotkanie wyszedł im Chejron.
    • Pani Jackson – powiedział centaur – Jak mniemam to nasi mali herosi? - tu zerknął na Percy'ego i wózek.
    • Muszę porozmawiać z delficką wyrocznią – powiedziała Sally próbując uśmiechnąć się dzielnie.
    • Którego z nich przyszłość chcesz poznać? - spytał Chejron.
    • Córki – powiedziała kobieta, a na jej twarzy pojawił się strach i niepokój. Centaur kiwnął tylko głową.
    • Hiacynt – krzyknął Chejron do beztrosko biegającego satyra z grupką obozowiczów. Zawołany przykłusował do centaura.
    • Słucham Chejronie – powiedział satyr.
    • Zajmij się tym młodzieńcem przez chwilę – oznajmił centaur wskazując palcem na Percy'ego.
    • Oczywiście – odpowiedział Hiacynt, a po chwili przykucnął i uśmiechnął się do chłopczyka, który kurczowo trzymał się ręki matki na widok kozłonoga.
    • Hej mały – powiedział satyr do Percy'ego – pobawisz się ze mną w berka?
    • Mamusiu mogę? - zapytał niepewnie Percy.
    • Oczywiście, że tak kochanie. Ja zaraz do ciebie dołączę, tylko mam sprawę do załatwienia. Baw się dobrze – uśmiechała się do chłopca starając nie okazać jak bardzo boi się wizyty u wyroczni. Percy odbiegł z satyrem. Chejron wprowadził Sally z dzieckiem do dużego domu. Wózek zostawili przed budynkiem. Poszybowałam za nimi do środka.
    • Tędy – powiedział Chejron wskazując na schody. Mama Percy'ego ruszyła po nich, a kolana trzęsły się jej lekko. Sunęłam za nią. Kobieta otworzyła drzwi i znaleźliśmy się na zakurzonym strychu, który wyglądał jak jakiś antykwariat. Ekspedientka była żywą reklamą. To był hipisowski szkielet kobiety. Z jej ust i oczu wypłynęła zielonkawa mgła. Czyżby pra pra prababka Rachel? - Podejdź poszukujący i pytaj – powiedział szkielet.
      Sally przełknęła ślinę i zapytała – Jaka będzie przyszłość mojej córki?
      Mgła zmieniła się w obraz młodego chłopaka o jasnej cerze i ciemnych poplątanych włosach zupełnie tak jakby dopiero co wstał z łóżka. Jego oczy były koloru czekolady. Otworzył usta i powiedział odległym głosem z zaświatów:
      Dziecię Posejdona, gdy herosa pozna
      i miłością obdarzy,
      W podziemiu się pogrąży, nie ma na to rady,
      Słońca dziennego nie ujrzy już,
      Taki jej los, ciężki los”
      Zielona mgła rozwiała się. Scena zmieniła się. Znów znajdowaliśmy się w salonie Jacksonów. Znajdowała się tu pani Jackson, Hestia, jakaś piękna kobieta, której nie znam i Posejdon. Sally była wyraźnie załamana.
    • Muszę tak zrobić? To na pewno jedyny sposób by ją ocalić? - mama Percy'ego cała dygotała.
    • Tak – powiedziała spokojnie Hestia – Bracie twoja kwestia.
      Posejdon odchrząknął i uroczyście oświadczył: - Ja Posejdon bóg mórz powierzam tobie Hestio, pani ogniska domowego opiekę nad moją córką Heleną Jackson. Bądź jej patronką. Bądź jej opiekunką.
      Hestia ukłoniła się lekko: - Ja Hestia pani ogniska domowego zgadzam się być patronką córki Posejdona boga mórz, Heleny Jackson. Będę jej patronką. I będę jej opiekunką.
    • A co się stanie z Percy'm – zapytała przerażona Sally.
    • Po to jest z nami Hekate. Nałoży na jego wspomnienia związane z siostrą niezwykle silną mgłę – powiedziała Hestia.
    • Kiedy ma się to odbyć? – spytała drżącym głosem Sally.
    • Jutro – powiedział Posejdon. Bogowie rozpłynęli się w powietrzu. Sally Jackson najwyraźniej nie wytrzymała już więcej. Wybuchnęła głośnym szlochem.
      Scena znów się zmieniła. Było tu dużo zieleni. Płynęła szybka rzeka. Sally Jackson uklękła przy rzece. W ręku miała koszyk. Zupełnie jak na piknik. Okienko koszyka było uchylone. Krzyknęłam. W środku była mała Helenka.
    • To żebyś wiedziała kim jesteś. Mam nadzieję, że kiedyś cię jeszcze ujrzę – powiedziała zapłakana kobieta zakładając córeczce na szyję naszyjnik. Zawieszka była w kształcie srebrnego trójzębu. Wygrawerowane było na nich jedno słowo. Imię. Helena.

    • Bądź szczęśliwa córeczko – wyszeptała Sally i pchnęła koszyk na wodę. Popłynął z prądem. Miałam ochotę czymś rąbnąć mamę Percy'ego. Jak mogła opuścić to bezbronne maleństwo. Spojrzałam na dużego Percy'ego. W jego oczach były łzy.
      Zdołał tylko wyszeptać: - Ja mam siostrę..
      Scena rozmyła się. I znowu wydałam z siebie okrzyk. To były tyły domu paryskiego. Koszyk płynął lekko się kołysząc przez Sekwanę. Do koszyka podbiegła kobieta. Omal nie padłam tam na zawał. To była moja mama. Była dużo młodsza od tej, którą zapamiętałam. W czekoladowych lokach nie było siwych pasemek, ale jej oczy były równie karmelowe jak wtedy w tamta straszną noc..
      Po moich policzkach pociekły łzy. To było zbyt bolesne. W ciągu tych dwóch lat pogodziłam się z jej śmiercią. Zobaczenie jej teraz żywej było okropne. Zwłaszcza, że zdążyłam się już skapnąć, że to sceny z przeszłości. Pochyliła się nad koszykiem.
    • Maleństwo co tu robisz? – powiedziała łagodnie biorąc dziecko w ramiona – zaraz co tu masz?
      Delikatnie wzięła do ręki naszyjnik. Uniosła go do słońca. Był poniszczony i ułamany w jednym miejscu. Napis nie wyglądał już jak Helena tylko Lena. Znałam ten naszyjnik. Mój świat w tym momencie obrócił się o sto osiemdziesiąt stopni. Nie Lena Morel. Tylko Helena Jackson. Nie Genevieve Morel. Tylko Sally Jackson. Nie Tom Morel. Tylko Percy Jackson. Znów byliśmy na lotnisku.
    • Poznałaś prawdę? - spytała Hestia.
      Skinęłam z trudem głową i sięgnęłam pod koszulkę. Wyjęłam naszyjnik. Ostatni dar Sally Jackson. Wszyscy wytrzeszczyli oczy. Hestia wyjęła drugi ten mały odłamek. Wzięłam go trzęsącą się ręką. Przyłożyłam do siebie oba kawałki. Tworzyła się z nich zawieszka w kształcie trójzębu z napisem HELENA.
    • Siostro – wyszeptał Percy niepewnie rozkładając ręce jakby chciał mnie przytulić.
    • Muszę do łazienki – wymamrotałam. Pobiegłam przed siebie. Teraz pozwoliłam sobie na łzy. Cholerne bycie córeczką Posejdona!! Pewnie nie mogłam liczyć na utopienie się we własnych łzach, a o odwodnieniu to w ogóle nie ma co marzyć. Teraz pragnęłam tylko śmierci. Miałam dość. Głupia przepowiednia. W niecałą godzinę straciłam brata i matkę, którą tyle opłakiwałam. Zyskałam brata, którego znam dopiero dzień i matkę, która porzuciła mnie z powodu głupiej przepowiedni. Wpadłam do łazienki. Przez chwilę podpierałam się o umywalkę zaciskając mocno knykcie. Przez moje ciało przeszły niekontrolowane dreszcze. To wszystko przeszło w nagłą wściekłość. Krzyknęłam. Kible zareagowały na moje odczucia. Wybuchły rozpryskując swą zawartość po całej łazience.
    • .......................................................................................................................................
    • Dzięki za uwagę. Niedługo zmienię szablon bloga więc proszę się nie zdziwić jeśli będzie wyglądał trochę inaczej. Oczywiście nie zmieni to treści. Kolejny post będzie z bohaterami. Widziałam takie coś w wielu blogach i sorka jak ktoś uzna to za wredne małpowanie. Macie pełne prawo  do tego. Błagam o komentarze, bo mam wtedy pewność ile osób czyta bloga. Powtarzam można dać ANONIMA i nie trzeba się męczyć z DURNĄ WERYFIKACJĄ OBRAZKOWĄ. Liczę na komentarze, dzięki za te, które już mam.

środa, 19 lutego 2014

Rozdział V Nie ignorujcie poradnika działkowca!!

Ten rozdział będzie opisywać Lena. Proszę o komentarze. Dziękuję za te, które już dostałam od Panny Crazy, Weroniki Purchały{ mam nadzieje, że dobrze napisałam nazwisko} , mojej przyjaciółki i mojej siostry. Bardzo dziękuję. Nawet nie wiecie jak to bardzo motywuję. Zapraszam do czytania.
Rozdział V

Hej nazywam Lena. Na codzień zabijam potwory i wkurzam mojego brata. Przyrodniego. Kiedy jestem szczęśliwa? Jak przeżyję kolejny dzień i nie zabiją mnie potwory. Staliśmy teraz w starej chacie i patrzyliśmy na jakąś kobietę. Miała złocisto rude loki, których kolor przywodził na myśl kłosy. Jej oczy były ciemno – niebieskie. Skromnie stwierdzę, że mam ładniejsze. Ubrana była w kwiecistą sukienkę. Nie była chuda, ale nie mogłam jakoś określić ją jako grubą. Była... obfita? Tak, to chyba właściwe określenie. Na głowie miała kapelusz zrobiony z zbóż, siana i słomy. Przyozdobiony był kwiatami, a było ich tak dużo, że skojarzyła mi się z rabatką.

  • Kim jesteś? - spytałam patrząc na pszczoły, które chyba podobnie jak ja pomyliły jej kapelusz z łąką.
  • Demeter bogini urodzaju – oświadczyła – Kora! Mamy towarzystwo – krzyknęła przez ramię jakby wołała do małego dziecka.
  • Idę mamuś – odkrzyknął chichotliwy piskliwy głosik. Miałam ochotę coś rąbnąć. Najbardziej tą dziewczynę, która wybiegła z pomieszczenia obok chichocząc. Wyglądała zupełnie jak matka z kilkoma drobnymi różnicami. Była o połowę chudsza, a włosy miała proste, zaplecione w dwa długie warkocze, na których miała wianek z wyłącznie wiosennych kwiatków. Wyglądała na siedemnaście, góra osiemnaście lat.
  • Persefona – powiedziała Annabeth otwierając szeroko usta ze zdumienia. Kora zamigotała i przez chwilę. Wyglądała na parę lat starszą. Miała ciemne włosy, ciemne oczy i bladą twarz. A potem znów wyglądała jak nastolatka.
  • Kogo my tu mamy – powiedziała Demeter przyglądając nam się badawczo. - Percy Jackson? No proszę, proszę co sprawia, że wielki wybawca olimpu zawitał w moje skromne progi?
  • Uciekałem przed zbożem – wymamrotał Percy wbijając wzrok w podłogę.
  • Percy Jackson?! - Kora wyraźnie się zainteresowała – Ten Percy Jackson?! Boże uwielbiam cię!! Podpiszesz mi się na plakacie?!!
    Pstryknęła palcami, a w jej dłoni pokazała się kartka z kiepskim obrazem, ale za to świetną karykaturą Percy'ego.
  • E jasne – wybąkał i wyjął z kieszeni złoty długopis podpisując się na plakacie.
  • O boże najady będą zazdrosne jak im powiem, że to autentyk. W fan clubie mi nie uwierzą. Szkoda, że mam męża – powiedziała i mrugnęła zalotnie do Percy'ego.
  • Macie mój Fan Club? – zapytał nieźle zszokowany Percy. Spojrzałam na reakcję Annabeth, bo wiadomo mi było, że są parą. Ta udawała za plecami Percy'ego, że wymiotuje.
  • I córka Ateny. Annabeth Chase – powiedziała nadal nam się przyglądająca Demeter – Ta, która odnalazła Atenę Partenos.
    Annabeth wyprostowała się i uśmiechnęła z szacunkiem.
  • Ty to kto?- zapytała bogini urodzaju patrząc na Lissę.
  • Lissa Hariri, córka Afrodyty – oznajmiła dziewczyna kłaniając się lekko. Demeter spojrzała bez większego zainteresowania na Toma: - A ty?
  • Tom Morel, syn Zeusa – wypowiedział te słowa równocześnie wtedy, gdy Demeter spojrzała na mnie i syknęła: - Wy!!
    Poczułam nagle jak coś chwyta mnie tak gwałtownie w pasie, że na chwilę zabrakło mi tchu. Pociągnęło mnie do góry.
  • Pani Demeter – krzyknęła zdumiona Annabeth – czemu pani to robi?!
  • Syn Zeusa – wysyczała wściekle Demeter. Spojrzałam w stronę Toma. Usłyszałam cichy pisk. Zdałam sobie sprawę, że wydobył on się z moich ust. Stało się tak, ponieważ zobaczyłam Toma parę metrów nad ziemią, oplatały go grube, ogromne chwasty. Próbowałam dobyć swojego sztyletu, ale mnie również oplatały wielkie rośliny przyciskając dłonie do tuowia.
  • Myślałem pani, że lubisz Zeusa i w ogóle, bo rozkazał Hadesowi wypuszczać Korę w lato – powiedział Percy patrząc na nas jak idiota. Annabeth ma stu procentową rację. Ten gość ma glony zamiast mózgu.
  • Lubić go? Być wdzięczną? To tylko te głupie mity tak mówią. Prawda jest taka, że obiecał naszą córeczkę Korę Hadesowi. A czy zwrócił mi ją? Owszem, ale dopiero, gdy na ziemi pojawiły się żniwa mej rozpaczy. I nie obchodziło go tyle co dobro ludzi. O nie. Po prostu dali mu fajne ofiary. Nie mógł pozwolić sobie na pogorszenie wizerunku. Założę się, że sam podpowiedział Hadesowi z tym granatem. Zeus rozdzielił mnie z córeczką, prawda Koro? - zakończyła płaczliwie Demeter. Kora zbyt pochłonięta fotografowaniem Percy'ego komórką tylko wymruczała „ Aha, ta jasne”.
  • A co masz do biednej Leny? – spytała Lissa patrząc na mnie z dołu.
  • Chodzi ci oto diable wcielone? O to narzędzie szatana? O to nasienie pierwotnego zła...
  • Ej, ja tu jestem – krzyknęłam – Co ci właściwie zrobiłam?!
  • Naśmiewałaś się bezczelnie z najlepszego najcudowniejszego magazynu na świecie, a potem go podarłaś – ryknęła Demeter.
    Parsknęłam śmiechem: - Nadal się wściekasz o poradnik działkowca? No sorry nie mogłam się wtedy powstrzymać..
  • To wymyślił mój ulubiony syn – wrzasnęła Demeter z urazą.
  • Ten idiota to twój syn? – wykrzyknęłam dławiąc się ze śmiechu i dopiero, gdy poczułam mocniej zaciskające się chwasty zdałam sobie sprawę, że pogarszam swoją nędzną sytuacje. Może czasem naprawdę opłaca się ugryź w język. Usłyszałam głośny jęk Toma. Jemu też Demeter musiała zacisnąć chwasty.
  • On nie zawinił – krzyknęła Lissa. Wyglądała na poważnie wkurzoną. Rzuciła się z bojowym okrzykiem i sztyletem na Demeter. Nie wiedziałam co było gorsze. I puff. Lissa również była skrępowana przez roślinki.
  • Jesteście z nimi – ryknęła wściekła Demeter i po chwili Percy i Annabeth byli również uwięzieni.
  • Mamo, ale go nie zabijaj – powiedziała Kora wskazując na Percy'ego z miną rozkapryszonego dziecka.
  • Zabiję go tylko troszeczkę – powiedziała uspokajająco Demeter – albo mam lepszy pomysł. Uduszę go z innymi, a ty go weźmiesz do Fan Clubu. Wypchany lepszy niż żywy. Przynajmniej nie fika. Jego duszę możesz zatrudnić w pałacu w Hadesie.
    Kora policzyła na palcach chyba miesiące, w które będzie miała Percy'ego w Hadesie. Potem uśmiechnęła się promiennie i powiedziała pogodnie: - Zgoda.
    Usłyszałam odgłosy wymiotne. Biedny Percy. Męczony po śmierci przez tą psychopatkę!
    Rośliny zaczęły się piąć coraz wyżej. O nie! Tylko nie to! Demeter zamierza z nas zrobić roślinkowe mumie! Dobra, przyznaję to nie brzmi zbyt przerażające, ale jest! I to bardzo!
    Nagle Percy uśmiechnął się do Demeter: - A wiesz co jest potrzebne roślinom do życia? Woda. A ja ją im zabiorę!
    Wydał z siebie okrzyk, a z roślin zaczęła wypływać woda. Ale Demeter uśmiechnęła się tylko. Rośliną nic się nie działo. Uświadomiłam sobie, że to moc Demeter. Bogini obfitości i urodzaju nie pozwoli, żeby rośliną czegoś zabrakło. To jej magia. To jej przewaga. Traciłam powoli tlen i poczułam takie mdłości jak wtedy w Wielkanoc.. Bingo!! W domu Paryskim mimo że nie jesteśmy chrześcijanami co roku w Wielkanoc mali magowie zbierali czekoladowe jajka w czekoladzie. Ja jednak raz wstałam z samego ranka i wyzbierałam, a następnie zjadłam je wszystkie. Nawet na mój apetyt było to za dużo. Czułam się źle przez tydzień. Przypomniały mi się słowa Annabeth kiedy piłam nektar „ Dobre, prawda? Nektar ma lecznicze właściwości, ale nie można go naraz wypić nam półbogom za dużo, bo spłoniemy żywcem. Dosłownie”. Co za dużo to nie zdrowo. Tak mawiała mama. Przypomniała mi się moja pierwsza i ostatnia roślinka. Jestem córką Posejdona. Mój plan się powiedzie. Skupiłam się na wodzie pod nami. Na wodzie, która krążyła we mnie!!
    Panowałam nad nią. Przypomnieli mi się koledzy z domu Paryskiego. Ich szydercze uśmiechy i słowa „ Odmieniec. Umiesz używać wodę, ale gdzie hieroglify? Zgubiły się po drodze?” Owszem byłam odmieńcem, ale bycie innym to zaleta. Zamknęłam swoją wściekłość i swoją moc w jednym okrzyku. Woda wytrysnęła z ziemi i ze mnie samej. Demeter, która podlewała swój kapelusz konewką zamarła w pół czynności ze strachem w oczach.
  • Co robisz?! Przestań!! - zapiszczała Demeter upuszczając konewkę.

    W odpowiedzi wybuchnęłam tylko szaleńczym śmiechem. Demeter z Korą rozpłynęły się w kwiatki. Woda rozsadziła całą chatę. Usłyszałam krzyki Katriopi. Rośliny miały dość i puściły mnie. Wylądowałam po kostki w wodzie. Czułam się tak silna jak nigdy. Obok mnie leżeli moi przyjaciele dusząc się i kaszląc. Rozejrzałam się po polu. Wyglądało jak chińska uprawa ryżu. Zdałam sobie sprawę, że jak nie powstrzymam tej wody to zaraz zrobię powódź stulecia. Skupiłam się, ale nie mogłam zatrzymać takich ilości wody. Wzięłam mój sztylet. Zmienił się w trójząb.
    • Do mnie – rozkazałam wodzie. Posłuchała. Mnóstwo wody wpłynęło do trójzębu. Poczułam nagle, że siły mnie opuszczają. Padłam wykończona kolanami w błoto. Usłyszałam krzyki. Percy i Annabeth w ostatniej chwili uciekli przed rozpędzoną limuzyną.
    • Wskakujcie – krzyknął ktoś z limuzyny. Chwyciłam konewkę Demeter. A, gdy Annabeth krzyknęła: - Lena po co ci? Odkrzyknęłam jej: - Co? Można brać łupy wojenne, nie? No to to jest właśnie mój łup wojenny. Następnie wsiadłam do limuzyny.
    • Kim jesteś? - zapytała Lissa kierowcy. Kierowca obrócił się i wyszczerzył do nas zęby. Wydałam z siebie okrzyk. To był Karzeł.
    • Jestem Bes. Przysłała mnie Sadie. Miała sen, w którym widziała jak tracicie szofera. Więc przysłała mnie, najlepszego kierowcę. Tylko proszę nie zastrzel mnie chłopcze – powiedział do oszołomionego Toma, który tylko pokiwał głowa z rozdziawionymi ustami.
    • Dokąd teraz? - spytał Bes. Podałam mu GIPS.
    • Tu jest już zaznaczona trasa – powiedziałam do Besa. Odpalił silnik i ruszyliśmy. Po jakimś czasie Percy powiedział: - No załoga, czego nauczyliśmy się dzisiaj?
      Spojrzeliśmy na niego jak na wariata. Percy spojrzał na mnie surowo: - Lena nie lekceważ magazynów, bo ich zemsta – tu zrobił dramatyczna pauzę – Jest straszna.
    • ..........................................................................................................................................
    • Dzięki za przeczytanie proszę o komentowanie.

poniedziałek, 17 lutego 2014

Rozdział IV Próbuje nas zamordować szofer


    Rozdział IV
    Znów ten sam sen. „ Obudź się” znów słyszę jej głos. Otwieram z trudem oczy. Jestem w mojej sypialni. Na sąsiednim tapczanie leży Lena. Ją też mama budzi. „Musimy iść teraz!”. Jest wyraźnie zdenerwowana. Mruczę, że jest środek nocy, ale mama nie słucha i tylko pośpiesza nas, żebyśmy się ubierali. „ Mamy mało czasu” mruczy „ Powiedział, że mamy tylko dwadzieścia minut”. I bez wyjaśnienia wypycha nas z pokoju. Znów idę tym korytarzem. Egipskie malowidła, kolumny i zero okien. Mama rozglądała się nerwowo. „ Tu” krzyknęła piskliwie. Podbiegła do wentylacji. Ta pobłyskiwała złocistym światłem. „ Ty pierwsza Leno. Wchodź” powiedziała mama wyrywając kratę. Lena wsunęła się nie pewnie do środka. I zniknęła. „ Teraz ty synku. Obiecaj mi jeszcze jedną rzecz. Przeżyjesz, dobrze? I nigdy się nie poddawaj. Opiekuj się siostrą. Nigdy się nie poddawajcie.” Spojrzałem w jej oczy koloru ciemnego karmelu. Po raz ostatni. Wskoczyłem w szyb wentylacyjny. Spadałem przez chwilę. Po może minucie wylądowałem na posadce. Było tu ciemno i pachniało stęchlizną. Ruszyłem przed siebie jak najszybciej. Półbiegiem, a pół chodem. Słyszałem gdzieś przed sobą kroki Leny. Nie wiem po jakim czasie korytarz zaczęła wypełniać ciężka ciemno – zielona mgła. W głowie zaczęło mi się kręcić. Poczułem mdłości. Nogi odmawiały posłuszeństwa. Po całym ciele rozszedł się okropny ból. Mózg wypełniła jedna myśl. „ Jesteś zmęczony, poddaj się. Nie musisz nigdzie iść, skonaj tu. Śmierć jest lepsza od bólu. Twojego domu nie ma. Twoja matka nie żyje. Poddaj się.” Miał rację. Śmierć to ukojenie. Ale wtedy przypomniałem sobie ostatnie słowa mamy „ I nigdy się nie podawaj”. Musiałem to wytrzymać dla niej. Szedłem przed siebie powtarzając w myślach, że nie poddam się. Nie dam głosowi tej satysfakcji. Nagle ból i to wszystko minęło. Poczułem uderzenie chłodnego, nocnego powietrza.

....................................................................................................................

Obudziłem się gwałtownie łapiąc powietrze. To nie był sen. To było wspomnienie. Rozejrzałem się po pomieszczeniu. Byłem w domku Zeusa w obozie herosów. Na przeciwko mnie spał Jason. W każdym razie wcześniej spał. Teraz siedział na łóżku i patrzył na mnie trochę nieprzytomnie wyraźnie jeszcze nie rozbudzony.

  • Co się stało? Wrzeszczałeś – wymamrotał Jason.
  • Miałem koszmar – powiedziałem cicho.
  • Okej, ale czemu drzesz się jak przyrodnie siostry Piper?
  • Bo to... – powiedziałem cały się trzęsąc – ...wspomnienie śmierci mojej matki.
  • Chcesz mi o niej opowiedzieć? - spytał.
  • Mogę. - powiedziałem trochę niepewnie. Podciągnął kolana pod brodę i popatrzył na mnie z zaciekawieniem i wyczekiwaniem. Przypominał mi Lenę, kiedy miałem jej wyjawić skąd się biorą dzieci. Zabawne, ponieważ Jason wyglądał na starszego ode mnie. Miał około siedemnastu lat.
    Odchrząknąłem.: Nazywała się Genevieve Morel. Była magiem w Paryskim domu życia. Miała czternaście lat, gdy została tam przywódcą. Była najmłodszą przywódczynią w całej historii. W wieku dwudziestu lat wysłano ją na jakąś ważną misję w Ameryce. Gdy wróciła parę tygodni później była już w ciąży. Nie mogła dłużej pełnić swoich obowiązków. Była cudowną matką. Gdy już podrośliśmy z Leną był inny przywódca. Stała się jego doradcą. Zginęła podczas ataku Apopisa. Tylko ja i Lena przetrwaliśmy zagładę na dom Paryski. A co z twoją matką?
  • Też nie żyje, zginęła w wypadku samochodowym – powiedział zaciskając pięści.
  • Przykro mi – powiedziałem, ale wiedziałem, że takie słowa nie pomagają.
  • A mi wcale nie – krzyknął Jason głośno dysząc, tak jakby przebiegł maraton, a nie siedział na łóżku.
  • Czemu? – spytałem nieśmiało.
  • Czemu jej nienawidzę? - wybuchnął śmiechem – oddała mnie Junonie, gdy byłem mały. Była tak okropna dla mojej siostry, że ta uciekła w wieku dziesięciu lat.
  • Co z twoją siostrą? - spytałem.
  • Z Thalią? Ma się dobrze. Została łowczynią. Nieśmiertelną  towarzyszką Artemidy.
  • To fajnie – powiedziałem.
  • Taak. Ona jest szczęśliwa – powiedział, a w jego oczach był smutek. Zdałem sobie sprawę, że cieszy się jej szczęściem, ale zarazem brakuje mu siostry.
  • Jakby coś to masz teraz nowego brata – powiedziałem, a Jason uśmiechnął się lekko.
  • Już chyba cię oczekują – oznajmił po chwili Jason – idź.

............................................................................................

Gdy zmierzałem pod wielką sosnę, przy której czekali uczestnicy wyprawy i stało auto z obozu ktoś nagle chwycił mnie za rękę.

  • Tom, zaczekaj – odwróciłem się. Stała za mną Piper.
  • Chciałam ci podziękować i coś dać – powiedziała.
  • E, za co podziękować? - spytałem zdumiony.
  • No za to co zrobiłeś dla Jasona. To bardzo odważne, że się zgłosiłeś. Wiesz jesteśmy parą z Jasonem. Dzięki tobie nie muszę się o niego martwić czy wróci czy nie wróci z wyprawy – odpowiedział, a po chwili dodała – A to prezent – i podała mi pudełeczko podobne do tych co się wykręca i wyskakuje pajacyk.
  • Co to? - nie sądziłem, że mi się to przyda. Wątpiłem abyśmy napotkali potwora, którego przestraszy pajac z pudełka.
  • To dzieło mojego przyjaciela, Syna Hefajstosa. Rzadko bywa w obozie, bo spędza czas z swoją dziewczyną Kalipso. To przenośna klatka z jakiegoś specjalnego materiału, która blokuje moc nawet bogów. Oczywiście mogą się z tam tond wydostać, ale daje to dość czasu na ucieczkę. Gdy pokręcisz za korbkę zmienia się w klatkę sporych rozmiarów. Użyj ją w odpowiednim momencie, bo jest jednorazowa – wyjaśniła mi z powagą Piper, a potem jakby pod wpływem jakiegoś impulsu pochyliła się i pocałowała mnie w policzek. Był to taki siostrzany pocałunek, ale i tak bardzo przyjemny. Usłyszałem za sobą chrząknięcie. Odwróciłem się. Stała tam Lissa mrużąc trochę gniewnie oczy.
  • Idziesz czy będziesz tutaj tak stał? - spytała opryskliwie i ruszyła w stronę sosny. Powlokłem się za nią. Czy widziała jak Piper mnie pocałowała? Czy ona jest zazdrosna?
  • To jest Argus – powiedziała Annabeth, gdy już doszliśmy pod sosnę wskazując na gościa, który stał obok samochodu i miał...właśnie w tym momencie nie wytrzymałem i zemdlałem. Poczułem dobrze wymierzony policzek. Otworzyłem oczy.
  • Ała Lena – powiedziałem patrząc na siostrę, która pochylała się nade mną i szykowała się do wymierzenia kolejnego ciosu.
  • Co – powiedziała wzruszając rękami – to tak zwana medycyna obozu herosów, nie? - spytała się Annabeth, która tylko uśmiechnęła się i pokiwała głową. Ups. Moja siostra znalazła chyba sobie nową mentorkę.
  • Lena? - wymamrotałem.
  • Co?
  • Czy ja mam zwidy czy za tobą stoi gość z oczami na całym ciele? - to był powód mojego omdlenia.
  • Ach, chodzi ci o Argusa? Tak. Jest prawdziwy. To szofer obozu – powiedziała wstając i przybijając żółwika z oczomanem.
  • Lepiej wyruszajmy – powiedziała Lissa wspaniałomyślnie mnie ignorując. Wcisnąłem się do auta obok Lissy. Po miejscu, gdzie stykaliśmy się ramionami przeszedł mnie dziwny dreszcz. Lissa niby przypadkiem machała nogami tak, aby kopnąć mnie wyjątkowo mocno w piszczel. Raz trafiła nawet wyżej. Jęknąłem cicho. Lissa wyglądała na wyraźnie zadowoloną z siebie.
  • Dokąd właściwie najpierw – spytałem. Lissa spojrzała na mnie jak na idiotę.
  • Na lotnisko oczywiście – odparła nadal na mnie obrażona.
  • A co? Rea stała się stewardesą? - zapytałem zdumiony.
  • Nie, jest w Polsce kretynie, a tam raczej nie pójdziesz na nogach, nie? Chyba, że masz ochotę to powiem Argusowi, że wielki syn Zeusa kończy tutaj swoją podróż – oznajmiła Lissa zgryźliwie. O bogowie! Może ona naprawdę była zazdrosna o buziaka od Piper?! Nie rozumiem dziewczyn. Nie miałem jednak czasu na dalsze rozmyślenia bo samochód wpadł w poślizg. Bum. Rąbnęliśmy w coś.
  • Nikomu nic się nie stało? - dobył mnie głos Percy'ego..
  • Wychodzimy stąd – krzyknęła gdzieś na prawo ode mnie Annabeth. Wytoczyłem się z trudem z auta. Po zderzeniu z drzewem wyglądało jak harmonijka. Zachwiałem się jak pijany, upadłem na kolana i..rzygnąłem do rowu.
    Usłyszałem chropowaty nieznany mi, niski głos, który powiedział:
  • Za długo służyłem. Mam dość. Pierwsza przeleje się krew tej dziewczyny.
  • Argusie nie! Zostaw Lissę – krzyknęła błagalnie Annabeth. Coś grozi Lissie. Muszę ją ratować. Teraz tylko to się liczy. Całą siłą woli skupiłem się do obrócenia i stania na nogi. Po między mną, a współtowarzyszami wyprawy stał Argus trzymając Lissę i podkładając jej do gardła jej własny sztylet.
    Nie mogłem strzelić do niego z łuku dopóki miał Lissę. Jej też mogła stać się krzywda. Poczułem jakby jakiś węzęł zawiązał mi się w okolicy pępka. Pozwoliłem mu się rozwiązać. Wiatr słuchał moich poleceń. Gwałtowny podmuch odrzucił Argusa od Lissy, która osunęła się na ziemię. Nałożyłem strzałę na cięciwę. Celowałem może dwie sekundy. Puściłem. Strzała utkwiła w czole Argusa, który obrócił się w pył.
    Podbiegłem do Lissy.
  • Twój sztylet – powiedziałem podając go jej. Miałem nadzieję, że zaraz rzuci mi się na szyję i krzyknie „ Mój bohaterze”, a nasze usta spotkają się w pocałunku, ale niestety nic z tych rzeczy się nie wydarzyła. Zamiast tego Lissa wyrwała mi z rąk sztylet i rzuciła takie spojrzenie jakby była go gotowa użyć przeciwko mnie.
  • Do cholery po co mnie ratowałeś! - wybuchnęła – wszystko miałam pod kontrolą. Załatwiłabym go sama!
  • Tak właśnie widziałem. Z sztyletem w gardle – krzyknąłem czując nagły przypływ złości.
  • E ludziki, kłócicie się jak stare małżeństwo, a mamy poważniejszy problem – powiedział Percy.
  • Niby jakie – krzyknęliśmy jednocześnie z Lissą.
  • O ile się nie mylę ci ludzie za chwilę zadzwonią na glinę, a uwierz mi nie chcę znowu pojawić się na stronach gazet jako Percy Jackson młodociany przestępca – powiedział Percy, a ja dopiero teraz zauważyłem, że stoimy na środku autostrady. Wokół nas było mnóstwo ludzi z szeroko otworzonymi oczami.
  • Tędy - krzyknęła Lena wskazując na ledwie widoczną ścieżkę wśród drzew. Ruszyliśmy biegiem. W trakcie drogi uświadomiłem sobie, że od czasu ogniska rozumiem po angielsku. I, że sam umiem go używać. Ciekawe dlaczego tak jest? Po jakimś czasie biegu, który przerodził się w szybki marsz weszliśmy między pola uprawne. Teraz w lecie było na nich mnóstwo złocistych kłosów. Nagle coś chwyciło mnie za kostkę.
  • Kartiopi – krzyknął Percy z przerażeniem na widok zbożowych stworków. Jeden z nich dobierał się właśnie do mojej nogi. Kopnąłem go jak najdalej.
  • Ma ktoś ogień – zapytał Percy, a gdy wszyscy pokręcili głową, że nie, zaklął pod nosem: - Źle. Bardzo źle. W nogi – ryknął, bo tysiące, nie miliony, nie … dobra odechciało mi się opisywać ich przewagę liczebną. Nigdy w życiu chyba nie biegłem tak szybko. To trochę głupie, ponieważ uciekałem przed chimerą, lwem nemejskim, minotaurem i nawet wkurzoną Leną, a najszybciej zwiewam przed... wściekłym zbożem!!
  • Tam jest jakiś dom – krzyknęła Lena.
    Rzeczywiście stała tam jakaś chata. Wpadliśmy do środka. Zamknęliśmy drzwi blokując je krzesłem. Uff. Nie dorwą nas małe wściekłe zboża. Ale był ktoś jeszcze oprócz nas w tym pomieszczeniu.
  • Witajcie mali herosi – powiedział pogodny, ale jednocześnie chłodny głos.
  • ................................................................................................................................................................
  • Dzięki za przeczytanie. Proszę o komentarze. Teraz będzie łatwiej, bo nie ma weryfikacji obrazkowej i można dać anonima. Kolejny rozdział będzie opisywać Lena.

niedziela, 16 lutego 2014

Rozdział III Imponuję dziewczynie idąc na samobójczą misję

Krótko do czytelników przed przeczytaniem rozdziału. Prośba. Jak już przeczytacie to napiszcie komentarz plis. Piszcie co się podobało, albo uwagi co mogę poprawić. Piszcie też swoje adresy blogów, jak macie rzecz jasna. Ten rozdział jest opisany przez nowego bohatera Toma Morela. Jak coś nie będzie zrozumiałe to też piszcie w komentarzach . Postaram się odpowiedzieć. Chyba, że będzie to ujawnione w kolejnym rozdziale to nie będę nic na razie pisać:-] Zapraszam:-]

    Rozdział III
    Tom Morel
    Nienawidzę, gdy ludzie nie umieją ani słowa po francusku. Poważnie, ten chłopak gapił się na mnie zdumiony, gdy próbowałem mu wszystko wyjaśnić. Ja nie umiałem po Amerykańsku, a on po francusku. Ta blondynka powiedziała, że nazywa się Annabeth i, że nic nam nie grozi. Ja tylko mocniej zacisnąłem dłoń na łuku. To pewnie kolejny potwór. Kolejny koszmar. Próbowałem zasłonić Lenę własnym ciałem, ale ona spokojnie gadała z Annabeth. Co za bezczelność. Ja tu próbuję jej ratować skórę, a ona co?!! Brata się z blond potworami. Zresztą ona se mogła. Moja siostra mówi prawie biegle po angielsku. Wstyd mi za nią. Zaprowadzili nas do jakiegoś dużego niebieskiego domu. Miałem tego dość, wybiegłem z tam-tąd. Znaleźliśmy się w jakimś obozie uciekając przed tym wrednym minotaurem, którego spotkaliśmy w restauracji chińskiej. Chińszczyzna to zło. Życiowa mądrość. Usiadłem obok jakiejś wysokiej sosny. To właśnie w tym miejscu zabiłem minotaura.
    Usłyszałem szelest. Odwróciłem głowę napinając łuk. Dziewczyna zatrzymała się lekko oszołomiona tym, że w nią celuję.
  • Ja mam tylko picie, dla ciebie – powiedziała spokojnie wskazując na kubek, który trzymała. Poznałem ją. Była z Annabeth i tym chłopakiem, podczas bójki z minotaurem. Tyle, że zaraz potem poszła z jakąś ładną indianką o oczach zmieniających barwę. Nie przyjrzałem jej się wcześniej, bo dopiero teraz zauważyłem, że jest piękna. Miała opaloną twarz o egipskich królewskich rysach. Od razu skojarzyła mi się z Kleopatrą. I to nie tylko dlatego, że czarne włosy miała obcięte w podobnym stylu. Było w niej coś królewskiego. Jej oczy były intensywnie niebieskie. Coś przewróciło mi się w żołądku.
  • Ostrzegam cię popaprańcu jak strzelisz to nie dostaniesz nic do picia. – powiedziała. Zatkało mnie. Opuściłem powoli łuk.
  • Dobry początek – powiedziała z ironią – nie próbujesz mnie zastrzelić.
    Po tych słowach podeszła i usiadła obok mnie podając mi kubek.
  • Co to? - spytałem nieufnie.
  • Trucizna na próbujących mnie przeszyć strzałą idiotów – odparła spokojnie. Prawie go upuściłem.
    Parsknęła śmiechem: - Ale jesteś tępy pogromco minotaurów. To nektar. Uleczy twoje rany i doda ci wigoru.
  • To jakieś dopalacze?
  • Nie – powiedziała z uśmiechem – Ufasz mi?
  • Nie – odpowiedziałem.
  • I słusznie – podsumowała – Ale co masz do stracenia?
    Miała rację. Ich było tu za dużo do walki. Mogłem tylko im zaufać. Westchnąłem i wziąłem łyk. Smakował jak gorąca czekolada. I to ta, którą zawsze piłem z mamą i Leną, gdy byłem młodszy. To było dobre, ale jednocześnie smutne i odległe wspomnienie.
  • Jak smakuje? - spytała zaciekawiona.
  • Jak gorąca czekolada.
  • Dla mnie smakowało jak daktyle w czekoladzie – oznajmiła.

A, gdy gapiłem się na nią jak kretyn wyjaśniła mi łaskawie: - Dla każdego ma to inny smak, tak mówi Piper. Też jestem nowa w tym wszystkim. - a chwilę potem wypaliła – Masz coś wspólnego z domem życia, prawda? Ty też jesteś i półbogiem i magiem, jak ja?

  • Nie jestem żadnym półbogiem, ale owszem jestem magiem. Mówisz, że ty też? Udowodnij.
    Nie powinienem tego mówić, ponieważ chwilę potem oblała mnie fala lodowatej wody.
  • Dobra wierzę ci – wysapałem plując wodą. Wziąłem ostatni łyk czekolady czy tam nektaru. Od razu dreszcze i inne objawy hipometrii ustąpiły.
  • Co z moją siostrą? - powiedziałem przypominając sobie o Lenie.
  • Z kim? - spytała oszołomiona dziewczyna.
  • Z Leną – patrzyła na mnie z miną, która świadczyła, że nie wie o co mi chodzi, więc dodałem – z tą wariatką, która dręczyła minotaura.
  • Aaa, tą. Czekaj to twoja siostra?
  • No, tak – powiedziałem nie wiedząc czemu na mnie patrzy z oszołomieniem. Po chwili otrząsnęła się jednak.
    No, to jak tak to przyszywana – powiedziała.
  • Niby, dlaczego? - spytałem zdumiony.
  • Bo jesteś synem Zeusa, a ona córką Posejdona.
    Lena nie jest moją siostrą? W każdym razie nie mamy tego samego ojca. To był cios poniżej pasa. Wziąłem głęboki oddech próbując się uspokoić.
  • Gdzie nauczyłaś się tak dobrze francuskiego? - spytałem próbując zmienić temat.
    Wybuchnęła śmiechem i powiedziała jak łuk swój kocham po francusku: - Co ci strzeliło na łeb? Ja nie umiem słowa po francusku.
  • Mówisz właśnie teraz.
  • Co ty... - ale nie skończyła. Zakryła sobie usta dłońmi, a jak odkryła to wybuchnęła potokiem egipskich przekleństw. I wtedy przyszła ta indianka.
  • Wzywają cię - powiedziała – chodź za mną.
    Dopiero po chwili zrozumiałem, że mówi do mnie.
  • Ehm, jasne – wymamrotałem. Ta pierwsza przestała klnąć i ruszyła ze mną i tą drugą. Gdy skręciliśmy w stronę greckiej jadalni na dworze Egipcjanka coś mruknęła po angielsku do indianki i skręciła w stronę obozowych domków.
  • Czekaj – powiedziałem chwytając ją za nadgarstek. Odwróciła się, a nasze twarze znalazły się blisko siebie. Zrobiło mi się słabo w nogach. Pachniała cynamonem. - Jak się nazywasz? - spytałem.
  • Lissa – powiedziała cicho dziwnie melodyjnie. - A ty?
  • Tom.
  • To do zobaczenia – szepnęła i pobiegła błyskawicznie do powiększonego domku dla Barbie. Gapiłem się chwilę za nią.
  • Chodźmy już – powiedziała indianka – Jestem Piper, jakby co – dodała. Weszliśmy więc do jadalni. Przy stole siedziała objadająca się Lena.
  • Hej – powiedziała wkładając jednocześnie do ust ogromny kawałek pizzy. Poważnie moja siostra umie jeść. To znaczy przyszywana siostra. Lena ma włosy obcięte trochę dłużej niż żuchwa. Czarne i zmierzwione. Oczy ma ciemno niebieskie. Ale naprawdę tak ciemne, że w sumie granatowe. Cerę mimo że ma bladą jest w jakiś sposób słoneczna, ciepła nie wiem jak to określić. Mimo, że ma czternaście lat nadal ma trochę słodko dziecięce rysy. Nosi zazwyczaj glany i czarne malowniczo zdarte na kolanach dżinsy. Spod ciemnej skórzanej kurtki wystawał ciemny, wyblakły i podarty t-shirt.
  • To dla ciebie. - powiedziała Piper podsuwając mi talerz pod nos: - Słuchajcie jak skończycie to dołączcie do nas na ognisku, o tam – powiedziała i wskazała w stronę, z której unosił się dym – To, cześć – rzekła odchodząc.
  • Pa, Piper – zawołała za nią Lena – słyszałeś newsa? Jesteśmy przyrodnim rodzeństwem. Mamy innych ojców – oznajmiła takim tonem jakby to była kolejna głupota, którą wyczytała w gazecie.
  • Mówiono mi, ale czy ty w to naprawdę wierzysz? I jeszcze gadali coś o półbogach. Co za głupoty.
    Lena wybuchnęła śmiechem.
  • Poważnie – powiedziała chichocząc – całe życie wychowywałeś się w domu życia, potem uciekałeś przed potworami z greckiej i egipskiej mitologi i nie jesteś w stanie uwierzyć, że jesteś synem kolesia z piorunami?
    Miała trochę racji, ale odpowiedziałem jej pytaniem:- A ty wierzysz, że jesteś córką jakiegoś zaraz... o Popieprzona, tak?
    Wzruszyła ramionami: - Wiesz pojawił się za mną mistyczny niebieski widelec więc.., tak wierzę. Teraz pora, żebyś ty uwierzył i coś zjadł. Bo jak nie to wszamam za ciebie.
    Nie żartowała, mogłaby spokojnie zjeść moją porcję. Spojrzałem więc na talerz. Połowa pizzy, jajka na twardo, pieczone ziemniaki, wołowina i talerz z pół tuzinem grzanek. Dawno nie widziałem, aż tyle jedzenia. Od czasu zagłady domu Paryskiego. Oprócz tego miałem szklankę, a pomiędzy mną, a Leną leżał dzbanek z sokiem pomarańczowym. Aż dziw, że wszystkiego nie wypiła. Uwielbia sok pomarańczowy. Dopiero później po spożyciu posiłku, gdy napełniłem sobie szklankę zrozumiałem ten cud. Soku nie ubywało choćbym nie wiem ile nalał szklanek. Magia Tymbarka?
  • Chodźmy już na ognisko – powiedziała Lena rytmicznie bębniąc palcami w stół. Ruszyliśmy w stronę, którą uprzednio wskazała nam Piper. Wyglądało to jak zwykłe obozowe ognisko. No, może oprócz tego, że połowa nastolatków nosiła przy sobie śmiercionośną broń. Usiadłem jak najdalej od dziewczyny, która uśmiechnęła się do mnie i mrugnęła figlarnie. Nie zrozumcie mnie źle. Była nawet ładna. Szkoda tylko, że o głowę wyższa, a podeszwy czyściła sobie maczetą. Rozejrzałem się. Zobaczyłem ją. Siedziała obok Piper i grupki chichoczących chłopaków i dziewczyn. Była chyba lekko zażenowana. Gdy natrafiła na moje spojrzenie uśmiechnęła się lekko.
  • Chciałbym przywitać nowych uczestników obozu. – zaczął gadkę powitalną jakiś facet w średnim wieku, który od pasa w dół był ...koniem. OMG. Historia zostaje przerwana, ponieważ poważnie zastanawiam się nad leczeniem w ośrodku psychiatrycznym. Dobra. Uspokoiłem się w myśli. To obóz dla półbogów i mają wychowawcę, który jest pół człowiekiem pół my litle pony. Normalka. Nagle gościowi przerwała jakaś dziewczyna w pół zdania. Miała mocno poplątane rude włosy i nie miała żadnej broni oprócz... czy ja wiem? Ta szczotka, którą miała przypiętą do paska budziła mój respekt. W każdym razie dostała jakby jakiegoś transu, a z jej ust buchnęła para i wydobyły się słowa:
    Dziecię piękności, które trzy rody łączysz
    Trzy bóstwa główne, Do Europy się udaj
    i Reę odnajdź, tak o to Olimpijczyków
    pokojem uraczysz.
    W podróż swą następujących czterech towarzyszy obrać raczysz:
    Pogromcę Kronosa,
    Dziecię Posejdona,
    Syna Zeusa,
    I córkę Ateny.
    Ich bierz ze sobą, bo zadanie inaczej
    ci się nie powiedzie”

Wtedy zamilkła i upadła. Podbiegło paru chłopców chwyciło ja za ręce i nogi, a następnie podniosło i odeszło. Jeden z nich, wysoki blondyn krzyknął przez ramię: - Chejronie! Zabieramy ją do wielkiego domu.

  • Co to znaczyło – zapytała szczerze zainteresowana Lissa.
  • To znaczy – zaczęła Piper, ale konio podobny{ chyba Chejron} powiedział za nią: - To znaczy Lisso Hariri, że dostałaś pierwszą misję.

........................................................................................................................

Siedziałem w wielkim domu razem z Chejronem, Annabeth, Percym, Leną i Lissą.

  • Jeszcze tylko czekamy na Jasona – oznajmił Chejron – o już jesteś – powiedział, gdy do pokoju wszedł ten wysoki blondyn co wcześniej niósł tą buchającą parą dziewczynę. Jason zajął miejsce obok mnie.

  • Dobrze za nim ustalimy kto dokładnie idzie na misję musimy najpierw upewnić się czego dotyczy – kontynuował Chejron.
  • Coś o tym, że trzeba uraczyć spokojem bogów – podsunąłem – to znaczy, że nie są spokojni, tak?

Chejron kiwnął głową: - Teraz list od pana D nabiera sensu.

  • Ten pożegnalny z wyjaśnieniami – spytała Annabeth.
  • Tak. Kazał mi go otworzyć dopiero wtedy, gdy pojawią się trzy nowe osoby. To było jakieś półtora miesiąca temu. Na początku wakacji. Nikt od tego czasu nowy nie przybył. Do teraz.
    Wyjął z kieszeni fioletową kopertę jadącą monopolowym. Wyjął z niej list, odchrząknął i zaczął czytać: „ Drogi Chejronie i obozowicze{ tak stary koniu wiem, że to otworzyłeś przy tych smarkaczach choć ci tego wyraźnie zabroniłem}. Skoro to otworzyłeś to znaczy, że przybyło kolejnych trzech wielkich palantów.{ Witajcie w obozie półboskie śmierdziele}. Z bogami jest źle. Przypominamy sobie urazy z dawnych lat. Sprzed wieków. Hermes jest zły na wszystkich za to, że traktowaliśmy go jak listonosza i chłopca na posyłki. Apollo natomiast wypomina mu zniewagę z kradzieżą wołów. Demeter pisze obraźliwe listy do Hadesa. Ten nawet ich nie dostaje, bo przecież Hermes zrobił strajk. Ojciec i Posejdon kłócą się tak jak nigdy jeszcze. Tylko babunia Rea {zawsze byłem jej ulubionym wnukiem} jest w stanie wszystkich doprowadzić do porządku. Ja najdłużej opierałem się tej dziwnej złości, bo jestem bogiem szaleństwa, ale już nie umiem. Odchodzę dla obozu.”
  • Nie wierzę – krzyknął Percy – Pan D zrobił coś dla obozu? Czyli jakby dla mnie też?!
  • Ps – przeczytała Annabeth Chejronowi przez ramię – Nie wyobrażaj se Perry Johnson. Robię to dla obozu. Z małym wyjątkiem. Zgadnij jakim. Jest synem Posejdona i zachowuje się jak jakaś krowa”.
  • I to wyjaśnia sprawę. – powiedział z zadowoleniem Percy.
  • Ty idziesz na pewno. – powiedział Chejron do Percego. Czy Lissa się zarumieniła? Oczywiście mnie to nie obchodzi. I wcale się na nią nie gapiłem całe posiedzenie.
  • Annabeth jest córką Ateny więc ona też idzie – oznajmił Percy.
  • Nie ma innych córek Ateny – spytała Lissa, a w jej głosie było słychać wyraźną niechęć.
  • Są, ale ta tutaj jest najmądrzejsza, najlepsza i najpiękniejsza – powiedział Percy całując Annabeth w policzek. Lissa wyraźnie spochmurniała.
  • Jedyne dziecię Posejdona oprócz Percy'ego to Lena – stwierdził Chejron. Wszyscy spojrzeli na mnie i Jasona.
  • Teraz tylko pozostaję pytanie. Który syn Zeusa?
  • Ja – oświadczyłem. Jeśli Percy może iść na samobójczą misję to ja też. Nie miała ta decyzja nic wspólnego z Lissą. Ani z tym, że spojrzała na mnie z podziwem. Wszyscy spojrzeli na Jasona wyczekująco. Pewnie mieli nadzieję, że skopie mi teraz dupę tak, iż nie będę mógł iść na misję, którą najpewniej taki chuderlak jak ja schrzani.
  • Nie patrzcie na mnie. Macie swój skład do ratowania świata. Ja jestem synem Jupitera. – oświadczył Jason. Wszyscy byli wyraźnie zdruzgotani. Tylko Lissa wyglądała na zadowoloną. Zrobiło mi się przyjemnie ciepło na sercu.
  • A skąd pewność, że to ja mam prowadzić misję? Ja łączę tylko dwa rody. Egipski i Grecki, a w przepowiedni było o trzech. - powiedziała niepewnie Lissa.
    Annabeth stuknęła się w czoło: - Ale jestem głupia – powiedziała – Jesteś potomkinią nie tylko Kleopatry. Ale też Rzymskiego półboga. Syna Jupitera. Ju..
  • Juliusza Cezara – dokończył Jason z podekscytowaniem.
  • Przystopujcie – powiedziała Lissa robiąc z rąk pauzę – Tego kola z kreskówki Obelix i Asterix?
  • Tego – przytaknął Jason.
  • Ale odjazd, uwielbiam gościa – krzyknęła Lissa jak małe dziecko, a chwile potem dodała poważnym tonem – To znaczy to wielki zaszczyt.
  • Kiedy wyruszamy? - spytałem.
  • Jutro o świcie – oświadczył Chejron.
  • .............................................................................................................................................................
  • Dzięki za przeczytanie.

czwartek, 13 lutego 2014

Rozdział II Jak zrzuciłam zbiornik z wodą na wariata z krzywą wykałaczką


    Rozdział II
    Otworzyłam oczy. Znajdowałam się w jakimś ładnym, sporym pokoju. Naprzeciwko mnie na kanapie siedziało dwoje nastolatków całujących się. Na mój widok odskoczyli od siebie.
  • Sadie, znowu portal w moim pokoju. I to w wolny dzień. - krzyknął opalony chłopak.
  • Wybacz braciszku – powiedziała beztrosko Sadie podnosząc się z ziemi obok mnie. Ten koleś to jej brat?! Wstrząs. Nie byli do siebie ani trochę podobni z wyglądu, zresztą o ile Sadie była totalnie szurnięta to ten chłopak wyglądał no jak... młody nauczyciel.
  • Jak tam wasz dzień wolny? – spytała się dziewczyna brata Sadie. Miała ładne egipskie rysy i trochę przerażające bursztynowe oczy.
  • Och, skakaliśmy sobie z piramidy Cheopsa – powiedziała pogodnie Sadie – wiecie jak świetnie bandaże zastępują bandżi – dodała z dumą patrząc na Walta.

  • Cześć. Witamy cię w domu brooklińskim, nowa uczennico jak mniemam – oznajmił brat Sadie.
  • Czekaj, Brooklińskim? Czyli jest na Brooklinie?
  • No tak – potwierdził chłopak.
  • Chwileczka – powiedziałam. Podbiegłam do okna. Tak, to naprawdę jest Ameryka. Wydałam z siebie pisk szczęścia i zaczęłam tańczyć tym śmieszny egipskim chodem i śpiewać: jestem w Ameryce aha aha, wyrwałam się z Egiptu aha aha.
    Wszyscy stali z minami świadczącymi o tym, że nawet Sadie, by się tak nie zachowała.
    - To znaczy... jesteście mi winni wyjaśnienia – oświadczyłam próbując odwrócić gryfa ogonem. To znaczy się kota.
  • Tak. Może lepiej pogadamy przy kakale? - brat Sadie wypowiedział magiczne słowo. Kakao. Zaprowadzili mnie do sporej jadalni z dużym stołem. Idąc tam na korytarzu napotkaliśmy dużo dzieci i młodzieży. I kolejny szok. Wszyscy zwracali się do Sadie z szacunkiem. I drugi trochę większy, ale tylko trochę szok. Po korytarzach z nieznanych przyczyn latały pingwiny. Czemu tylko mi się wydało to dziwne? A może już zwariowałam i tylko ja widzę te nielotne ptaki? Już nie byłam niczego pewna. Gdy podali już kakao brat Sadie {jak się później okazało Carter} zaczął: Z tego co mi powiedziano mieszkasz w Egipcie, tak? No więc pewnie słyszałaś o starożytnych teoriach na temat faraonów, że przyjmowali bogów? Bo widzisz to jest..
  • Prawda? - przerwałam mu – i niech zgadnę ja też tak umiem? Jestem jakąś egipską wersją Harrego Pottera? A to wasz Hogwart? A ty kto? Dumbeldor?
    Sadie wybuchnęła śmiechem.
  • Naprawdę wyglądam aż tak staro? - spytał retorycznie, ale i tak musiał po chwili dodać – nie waż się odpowiadać Sadie – bo ta już otwierała usta, by mu coś powiedzieć.
  • Chyba załapałaś – powiedział Walt – opis niezbyt trafny, ale załapałaś – dodał widząc mordercze spojrzenie Cartera.
  • Jesteś potomkinią faraonów Lisso – oznajmił uroczyście Carter.
  • Teraz wystarczy ustalić, których – powiedziała beztrosko Sadie zajadając maślaną bułeczkę. Coś mi się przewróciło w żołądku.
  • Ja chyba wiem – powiedziałam, a wszyscy spojrzeli na mnie ze zdziwieniem, ale wyczekująco.

- To... – zaczęłam, ale uprzedziło mnie popiersie Kleopatry IV.

  • Bądź pozdrowiona Lisso Hariri, ta, która łączy trzy rody, trzy główne bóstwa, moja potomkini. – i popiersie ucichło.
  • Okej, wszyscy się zgodzimy, że to było dość dziwne – zaczęłam, ale Sadie mi przerwała wrzeszcząc w niebo:
  • Ach, tak Nektanebonie ? Kleopatra se mogła wpaść, ale ty, nie cholerny faraonie od siedmiu boleści. Brzydzę się tobą – zakończyła przez zęby jakby to obchodziło potężnego Faraona żyjącego tysiąc lat temu. Carter patrzył na mnie z przerażeniem.
  • Ziya musimy pogadać – oświadczył dość piskliwie. Odsunął swojej dziewczynie krzesło i wyszli pospiesznie z pokoju.
  • Chodź, pokażę ci twój pokój – powiedziała Sadie nadal kipiąc ze złości na swojego przodka, a może na mnie? Nie chciałabym być potraktowana jej skrzydłami niczym chory psychicznie gryf. Ani bandażami jej chłopaka. Taa Sadie nie warto zachodzić za skórę.
    Zaprowadziła mnie do pokoju. Niewiele się różnił od pokoju
    Cartera. Głównie dlatego, że nie było go tam całującego się z Zyią. Sadie wyszła z pokoju, a ja pospiesznie przebrałam się w pożyczoną od niej piżamę. Była na mnie trochę za duża. Sadie jest ode mnie grubsza? Trochę mnie to pocieszyło, ale tylko trochę ponieważ jestem od większości szczupłych osób chudsza. Położyłam się i objął mnie słodki sen. I to dosłownie. W roli głównej z tą przesłodzoną panienką.
    Stałam w jakiejś uroczej kafejce na otwartym balkonie. Na dole widniała turkusowa zatoczka. Romantyczny nastrój burzyły trochę parasole z reklamą piwa. Wyobrażam sobie jak musi być to romantyczne dla pary żuli. Pod jednym z tych parasoli siedziała kobieta. Zatkało mnie. Była piękna. Nigdy nie widziałam nawet piękniejszej aktorki. Była opalona. Nie tak mocno jak ja rzecz jasna, ale jednak. Podkreślał to jeszcze mocniej fakt, że miała jasne loki, ale naprawdę tak jasne, że prawie białe. Na nosie miała przeciwsłoneczne szpanerskie okulary. Do figury modelki wybrała świetnie pasującą lekką, letnią, jasno błękitną sukienkę. Pomachała mi zachęcająco ręką, żebym się przysiadła. Zajęłam nieśmiało miejsce naprzeciwko niej.
  • Witaj Lisso – zaszczebiotała.
  • Kim pani jest? - zapytałam ponieważ zaczepianie niewinnych dziewczynek w snach wydało mi się szczytem pedofilii.
    Roześmiała się: - Naprawdę mnie nie poznajesz? Jestem Afrodyta.
  • Afro Edyta,tak?
    Zachichotała jak jakaś Barbie na psychotropach: Nie. Afrodyta. Bogini miłości.
  • Nie jesteś egipska. Ona się inaczej nazywała. Chyba, że zmieniasz image na afro i do tego pasuje to imię to wiesz, nie moja sprawa. Droga wolna
  • Dziecko, odświeżę ci pamięć – powiedziała i zdjęła okulary. Znałam te oczy. Nic dziwnego, miałam takie same.
  • Mama – wyjąkałam.
    Zaklaskała radośnie jakbym właśnie wygrała w jakimś teleturnieju „ Zgadnij kim jest ta blondynka”.
  • Tak złotko. Piękno jest nie uchwytne. Ukazałam ci się w postaci w jakiej widział mnie twój ojciec. To jest jego ideał piękności. Z zasady moje ludzkie dzieci mają wygląd ojców, ale ty..Cóż, twój ojciec musiał mnie bardzo kochać skoro masz moje oczy, tak uroczy człowiek. I do tego jeszcze przystojny. Wiesz, że właśnie tu po raz pierwszy mnie spotkał? Tak to było podświadomie jego wymarzone miejsce randki. Romantyczny człowiek.
  • Tak. Romantyczne pocałunki pod reklamą żubra – powiedziałam z ironią. Afrodyta pokiwała tylko z rozmarzeniem. Chyba mamuśka nie zna słowa ironia.
  • Musisz już chyba iść. Na łóżku będzie czekał na ciebie prezent na..piętnaste urodziny, tak?
  • Zaraz, ale – powiedziałam, ale to wszystko razem z moją matką rozwiało się.
    Stałam na pustyni nocą. Obok mnie płynął Nil. Wyłoniła się z niego kobieta. Była to ładna Egipcjanka lekko po dwudziestce. Czarne włosy miała zaplecione w cienkie warkoczyki, a następnie spięte z tyłu. Oczy mieniły jej się wszystkimi kolorami niebieskiego. Jej suknia zdawała się być częścią wody.
  • Witaj jestem Neftyda.
  • Bogini rzeczna, tak?
    Bogini uśmiechnęła się ironicznie: - Naprawdę, jak doszłaś do tego?
    Bogini z poczuciem humoru? Coś nowego.
  • Dobra, czemu mnie nawiedzasz po nocach? - spytałam. Nie było to dość grzeczne, ale naprawdę tęskniłam do moich spokojnych, conocnych snów do tyczących tego, że jestem w jakimś salonie do gier i gram w tą grę z biciem kretów młotem. Tylko zamiast twarzy zwierząt są tam twarze smarkaczy z podwórka. A ja za każdym razem trafiam. Tak tęskniłam za tymi snami.
  • Każdy mag ma swoją drogę. Wybierz moją ścieżkę. Staniesz się potężna. Będziesz pierwsza od stuleci.
  • Każdy obiera jakąś ścieżkę? Sadie ma boga wściekłego latającego flaminga? Tak?
  • Sadie Kane? Nie idzie ścieżką Izydy. Moja siostra jest ode mnie sławniejsza. Jesteśmy z Izydą do siebie tak podobne, a jednak różne. Jestem łagodniejsza, nie pragnę władzy jak większość bogów. Ludzie nie obierają mojej ścieżki. Wiesz, dlaczego? Nie jestem tylko rzeczną boginią.
  • Jesteś boginią śmierci – wypaliłam – pomocniczką Ozyrysa.
  • Tak. Mamy wiele wspólnych cech. Jesteś łagodniejsza od choćby na przykład Sadie Kane. Nie jesteś słaba, lecz łagodniejsza. Nie zauważona. Nie lubiana. A jednak odegrasz najważniejszą rolę. Będziesz główną rzeką tej historii. Będziesz Nilem, który łączy wszystko.

....................................................................................................................

Obudziłam się zlana potem. Był wczesny poranek. Leżałam poza łóżkiem. Jak zwykle. Wygrzebałam się z pościeli i stanęłam na nogi. Wymknęłam się z pokoju, nie było nikogo na korytarzu. Postanowiłam pójść do jadalni i spróbować pogadać z popiersiem Kleopatry. Może by powiedziała coś poza starożytnym ględzeniem na temat tego, że coś łączę. Wcale nie uśmiechała mi się rola super glue w tym wszystkim. Zamarłam. W jadalni ktoś był. Ziya zauważyła mnie zanim zdążyłam się wycofać. Uśmiechnęła się na szczęście. O ile wczoraj była ubrana jak każda nastolatka, to teraz miała na sobie lniane coś przypominające kimono.

  • Hej – powiedziała.
  • Wybierasz się gdzieś – spytałam z lekką paniką w głosie patrząc na jej plecak. Ona jedyna nie zrobiła jeszcze nic dziwnego. Sadie to Sadie. Jest nie normalna z zasady. Jej chłopak Walt choć miły i taki braterski jest bandażmenem. Mały Felix lubi wyczarowywać pingwina w kominku. A Carter umie mówić sopranem, gdy się denerwuje. Tylko Ziya jest normalna.
  • Wyruszam do pierwszego nomu, żeby zdać raport wujkowi Sadie i Cartera – powiedziała, a widząc moją minę dodała – to według twojej logiki taki główny hogwart.
    Pokiwałam głową. To byłam w stanie zrozumieć.
  • Czy chcesz mi coś powiedzieć – spytała łagodnie dziewczyna Cartera.
  • Niee... to znaczy, chyba tak. Tak. Bo widzisz miałam taki sen, mh raczej wizję – i opowiedziałam jej, ale dopiero drugą część. Nie chciałam się dzielić rozmową z moją mamuśką. Nie, to było coś innego. Instynkt. To on mi kazał tego nie mówić Ziyi. Ufałam jej, ale w inny sposób. Słuchała uważnie, ale jej twarz zmieniła się w maskę, gdy doszłam do tego, że to Neftyda. Na koniec potrząsnęła głową jakby się chciała pozbyć złych wspomnień. Uśmiechnęła się wymuszonym uśmiechem.
  • Jeśli czujesz się z tym dobrze to spróbuj tej ścieżki. Dzisiaj pewnie będziesz miała ćwiczenia więc sprawdź coś z wodą.
  • Ty znasz Neftydę nie? - spytałam.
  • Dawne dzieje – szepnęła Ziya, a na sam koniec uśmiechnęła się szczerze i powiedziała – zaopiekuj się moim Dumbeldorem, dobrze?
    Nie wiem ile mnie nie będzie. I proszę cię. Nie zamęczcie go z Sadie. Coś mi się widzi, że będziecie walczyć o mistrzostwo w wyzywaniu Cartera.
    Na te słowa machnęła krótko laską, która pojawiła się znikąd, a obok niej zabłyszczał hieroglif. Otwórz się. Zanim skapnęłam się o co chodzi pojawił się portal,a Ziya skoczyła w wir i zniknęła.
    Stałam przez chwilę patrząc bezczynnie jak głupia. Potem uznałam, że jednak jeszcze wrócę do pokoju. Gdy weszłam do pomieszczenia to rzuciłam się na łóżko. Przyjrzałam się dokładniej pokojowi. Bingo. Barek. Podeszłam do niego i otworzyłam drzwiczki. W środku znalazłam mój ulubiony zestaw jedzenia. Lays'y, puszka pepsi i guma orbit. Usiadłam na łóżku, aby spożyć ten pokarm bogów. Najpierw Lays. Potem pepsi. Beknęłam głośno. Na sam koniec wepchnęłam do ust gumę, żeby nie było czuć mojego laysowo – pepsiowego oddechu. Puściłam balona z gumy. Byłam w tym mistrzynią na podwórku. Nagle wpadł mi do głowy pomysł.
  • Gołąb – powiedziałam jednocześnie wypuszczając balona z gumy i skupiając się, żeby z moich ust wydobyły się egipskie słowa. Udało się. Balon przybrał kształt gołębia. Niee taki, może raczej – wściekły - powiedziałam. Znów podziałało. Potem zabawiałam się tak mówiąc różne kształty. Za każdym razem w środku gumy błyszczały niebieskie hieroglify. Sadie weszła do pokoju zastając mnie jak po egipsku krzyczę „ słonik”. Uniosła brwi. Pośpiesznie połknęłam gumę.
  • Jakie to dojrzałe – stwierdziła Sadie – masz ubierz się w to – powiedziała rzucając mi jakiś zwitek ubrań. - Czekamy na ciebie z Carterem w bibliotece, bądź za dwadzieścia minut i lepiej nic nie jedz – a, po chwili dodała – lepiej się umyj. Śmierdzisz jak ten gryf. Tam jest łazienka – i wyszła z pokoju. Poszłam do łazienki. Pod prysznicem poczułam się o niebo lepiej. Spojrzałam na ciuchy, które dała mi Sadie i jęknęłam. To było takie same kimono jak miała Ziya. Nie jestem jakąś wielką modnisią. Cenię sobie przede wszystkim wygodę. Na co dzień noszę krótkie spodenki i dobrane do nich podkoszulek albo t-hishrt. Czasem zakładam ładną lekką sukienkę, ale nigdy bym nie włożyła tego kimona. Ponieważ jednak było to moje jedyne ubranie to założyłam je z niesmakiem. Ruszyłam do biblioteki. Czekali tam Sadie i Carter. Na jednym stole były rozłożone zabawne bumerangi i laski.
  • E hej – powiedziałam niepewnie.
  • To początek twojej nauki – powiedział uroczyście Carter, a Sadie tylko przewróciła oczami – wybierz sobie laskę i różdkę.
  • Biorę tylko laskę – powiedziałam szybko. Nie chciałam paradować z tym bumerangiem. I chwyciłam tą, która eee...w sumie to nie czemu ją wybrałam.
  • Dobra teraz przygotowania do magii – powiedziała Sadie i zgryźliwą miną wepchała mi do ust butelkę – teraz tatuaż – oznajmiła wpychając mi coś glutowatego do ust. Było to tak ochydne, że splunęłam jej w tym twarz. Carter zaczął się śmiać, a Sadie patrzyła to na mnie to na niego jakby myśląc, które z nas najpierw zhedżować.
  • Ty – Sadie ściągnęła se gluta z twarzy – ty mała...
  • Sadie pójdź sobie wyczyścić glany – powiedział Carter wskazując na drzwi. Wyszła bez słowa.
  • Przykro mi, ale musisz to mieć na języku -powiedział Carter. Westchnęłam podnosząc glut z ziemi i kładąc go na język. Udało się nie wyplułam, a obrzydliwi smak minął.
  • Dobra. Słuchaj. Pierwsze dwa może trzy tygodnie będziesz miała indywidualne zajęcia. Potem, gdy wykażesz ich poziom umiejętności będziesz z resztą grupy. Pierwsze ćwiczenie polega na tym, że spróbuję cię zaatakować chepeszem, a ty się broń na wszelkie sposoby. Wyłącznie za pomocą laski. Zrozumiano? – wyjął zakrzywiony miecz – na raz, dwa, trzy – rzucił się ku mnie. Zrobiłam błyskawiczny unik. Próbował mi podciąć nogi. Podskoczyłam. W lewo ciął. W ostatniej chwili odskoczyłam. Wymierzył chepesz prosto w moją pierś, a mi udało się zablokować go laską. Muszę użyć wody. Zauważyłam zbiornik kilka metrów dalej.
  • Do mnie – zawołałam po staroegipsku zbiornik uniósł się i zaczął cicho lecieć ku nam. Carter najwyraźniej uznał, że moje zaklęcie nie miało sensu, bo nawet się nie obejrzał, a chepesz znalazł się w miejscy gdzie przed chwilą była moja głowa. Zbiornik pojawił się nad Carterem – Na niego! – krzyknęłam. Carter zrobił niezwykle głupią minę, gdy spadły na niego trzy litry wody. Chepesz wyleciał mu z ręki. Podbiegłam i chwyciłam miecz. Carter wygrzebał się z szczątków zbiornika i natrafił na koniec własnego chepesza trzymanego przeze mnie.
  • Wygrałam.:-) - powiedziałam triumfalnie. Carter patrzył na mnie oszołomiony, a potem uśmiechnął się słabo – Może odpoczniemy, a potem mały rewanż? - spytał się niewinnie. Chwilę potem siedzieliśmy obok siebie jedząc wielkie, tłuste pączki. Uwielbiam Amerykanów.
  • Carter ja muszę, a chyba raczej chcę ci coś powiedzieć – zaczęłam i opowiedziałam mu o swoim śnie i spotkaniu z Ziyą. Tym razem nie pominęłam faktów z Afrodytą.
  • Afrodyta to chyba greckie bóstwo, nie? - spytałam. Carter wydał z siebie okrzyk. Wstał i wychodząc rzucił mi na odchodne – Lissa zawołaj Sadie. Niech ci da normalne ubranie. Wychodzimy na miasto w trójkę. Musicie kogoś poznać.
    Gdy Sadie dała mi normalne ubranie poszłam do pokoju,by się przebrać. I dopiero wtedy zobaczyłam co leży na szafce nocnej. Sztylet. Był w złotej bardzo ozdobnej pochwie z mnóstwem kamieni szlachetnych. Powieszony był na równie złotym łańcuszku. Przypięłam go sobie do spodni – dzięki, mama – mruknęłam w sufit.
    I wyszłam z pokoju.

....................................................................................................................

Pół godziny później siedzieliśmy w kawiarni. Ja, Sadie i Carter.

Moja nowa koleżanka kłóciła się z sprzedawcą: - Tyle za pączki?! Co za zdzierstwo!

Odwróciliśmy z Carterem głowy taktownie uznając, że jej nie znamy. I wtedy go ujrzałam. Miał czarne zmierzwione włosy. Jego oczy były morsko – zielone. Uśmiechał się wspaniale. Zrobiło mi się niedobrze. Nie mogłam od niego oderwać wzroku. I to tak, że nawet nie zwróciłam uwagi na ładną blondynkę, którą trzymał za rękę.

  • Cześć – powiedział podchodząc do naszego stolika.
  • Hej – pisnął zdenerwowany Carter – miałeś być sam – dodał nie pewnie patrząc na blondynkę.
  • To jest osoba, której najbardziej ufam na świecie. Z resztą jest ode mnie mądrzejsza, więc się dogadacie. - odpowiedział ten cud – chłopak.
  • Ahha, to okej – wydukał Carter.
  • Mówiłeś, że tylko jedna – powiedział mierząc wzrokiem mnie i Sadie.
  • Bo jedna. Ta to moja siostra, Sadie – powiedział kiwając w jej stronę głową – To Lissa – wskazał palcem na mnie
  • Hej, Jestem Percy – powiedział chłopak uśmiechając się do mnie bardzo ciepło. Nie wiedziałam co powiedzieć. Cześć. Masz cudowne oczy. Wyjdziesz za mnie? Wszystko mi jakoś cisnęło się na usta. W ostateczności powiedziałam – chcesz pączka?
  • Jasne – powiedział wesoło i usiadł odsuwając krzesło swojej dziewczynie. - To jest Annabeth – powiedział wpychając do ust pączka. Tak słodko robił z siebie świnię. Blondynka kiwnęła nam lekko głową.
  • Lissa opowiedz – powiedział Carter władczo. Nie chciałam wypełniać poleceń faceta z dżemem na twarzy.
  • Ale co ? – spytałam.
    Carter przewrócił oczami: - twój sen.
  • Aee, jasne – wymamrotałam, bo właśnie natrafiłam na zaciekawione spojrzenie Percyego. Przełknęłam ślinę i zaczęłam opowiadać, gdy jednak doszłam do fragmentu z rozchichotaną blondyną i zanim powiedziałam jej imię Percy i Annabeth wymienili spojrzenia i jednocześnie krzyknęli: Afrodyta!
  • Skąd wiecie?! - spytałam oszołomiona – To wasza jakaś znajoma na Facebooku? Tak?
  • Nie – powiedziała Annabeth – To po prostu wkurzająca bogini, ale co ci dalej powiedziała?
  • Że jest moją mamą – mruknęłam nieśmiało. Percy opluł sokiem Cartera tak był oszołomiony, a ten spojrzał na niego jakby chciał go potraktować chepeszem.
  • I jeszcze ten sztylet jako prezent na piętnastkę – dodałam rozkręcając się i czując nagłą złość – jakby myślała, że śmiertelna broń wynagrodzi mi wszystkie urodziny. Wolałabym Royc – Royca.
    Wszyscy nabrali powagi. Tylko Sadie zanuciła „sto lat” i powiedziała: - nie mam prezentu, ale może chcesz gumę – spytała zrywając różową maść z podeszwy glana i wyciągając ją zachęcajaco w moją stronę.
  • E dzięki najadłam się – powiedziałam do Sadie.
  • Pokaż sztylet – powiedziała Annabeth. Podałam go jej niechętnie. I zrobiłam to tylko dlatego, że mnie przerażała. Obejrzała go dokładnie.
  • Znak Afrodyty – mruknęła – jest pewność.
  • Jaka pewność?
  • Obóz Herosów to miejsce dla ciebie.
    Sadie puściła balona z gumy: - Słonik. - i po chwili dodała – Lissa to naprawdę fajne.

....................................................................................................................

Ledwo się przyzwyczaiłam do Sadie, a tu BAAM. Jestem półboginią. Zdaniem Annabeth. Idę teraz do miejsca takich jak my. Annabeth jest córką Ateny. Percy synem Posejdona. A ja nie jestem w stanie wymówić imienia mamuśki. Byliśmy tuż obok Long Island, gdy nagle zobaczyłam wielkiego człowieka z głową byka obok niego stało dwoje nastolatków kłócących się. Chłopak i dziewczyna, poznałam po głosach.

  • Lena przestań go drażnić! - krzyknął chłopak
  • Byczku to maska na Halowwyn? A nie to twój ryj, mój błąd – uchyliła się przed ciosem chyba... minotaura – obrońca zwierząt się znalazł – krzyknęła tym razem do swojego towarzysza.
  • Pół – zwierząt – odkrzyknął tam ten robiąc salto w powietrzu i lądując lekko tuż za minotaurem.
  • Może wam pomóc powiedział Percy wyciągając z kieszeni strasznym, przerażający i rażący mocą, boskością...długopis?! Wtf?
  • Nie dzięki, jest mój – powiedział chłopak. Był ode mnie może o rok starszy. Nawet przystojny, ciemnowłosy o szarych, burzowych oczach. Obok niego pojawił się hieroglif. Pięść. Puff. I minotaur przeminął z wielką holograficzną pięścią. W tym momencie nad dziewczyną rozbłysł wielki niebieski widelec. Nie to chyba.. trójząb. A nad chłopakiem srebrno – złota błyskawica.
  • Kolejni – jęłknął Percy patrząc na mnie, obrońcę zwierząt i igrającą z minotaurem.