Translate

czwartek, 20 marca 2014

Polskie autostrady, ruda i pocałunek z /Lissą

Hej. Tęskniliście? Ja bardzo. Sorry za spóźnienie, ale szlaban. Mam nadzieje, że długość rozdziału wszystko naprawi:-) Streszczenie dla osób, które nie czytały poprzednich postów.
Lissa - Pewnego dnia trafia do domu Brooklińskiego. Jest potomkinią Kleopatry i córką afrodyty.
Tom-Od dwóch lat wędruje z siostrą Leną. Jest magiem z domu Paryskiego, który został zniszczony przez chaos. Zgineła tam jego matka. Okazuje się synem Zeusa.
Lena - okazuje się być córka Posejdona siostrą Percy'ego. Porzuczoną z powodu przepowiedni. czytaj rozdział VI
Komentarz, który najbardziej mi się spodobał i pokazał błędy to
"No więc ekhem.. Zapowiada się na dłuższą wypowiedz.
Pomysł bardzo ciekawy, orginalny i interesujący, jestem bardzo ciekawa co się dalej stanie, w życiu nie wpadłoby mi do głowy, że można wpleść w tego typu historie, słowiańskie bóstwa.
Zaskoczyłaś mnie, pozytywnie.
Och Bogowie! Tylko dlaczego pędzisz tak z tą akcją? Biegną przez miasto, puf! Rozmawiają w kawiarni, puf! Parkuje przed nimi Bes.
Dodaj więcej opisów miejsc, w ogóle nie napisałaś jak wygląda kawiarnia. Wiem, wiem opisy dla niektórych są męczarnią, ale kilka dłuższych nie zaszkodzi.
Bohaterowie są jak skały, żadnych przemyśleń, tylko "wstrząśnięcia", popracuj nad nimi, a będzie dużo ciekawiej.
Powtórzenia też są ale ich to się czepiać absolutnie nie będę- sama mam z nimi problemy.
Interpunkcja- kompletnie się na niej nie znam, nie wiem czy masz tego typu błędy.
Więc ogólnie- przynajmniej dla mnie- jest bardzo dobrze, ale mogłoby być o niebo lepiej.
Pozdrawiam, życzę weny, pomysłów,
Amadea "
Mam nadzieję, że widzisz poprawę.
5 komentarzy=rozdział.
To tyle z blablania. Zapraszam na rozdział.
Rozdział IX
Jechaliśmy spokojnie zakopianką. No o ile można nazwać spokojną podróż z Besem za kółkiem. Yyh jak o tym myślę przechodzą mnie ciarki. Jeszcze bardziej przeszkadzała mi ta jazda, ponieważ Lena, Lissa i Percy krzyczeli: - Szybciej!! albo – Wyprzedź tego Bes!! Tylko Annabeth podobnie jak ja siedziała wyprostowana jak struna z przerażeniem w oczach i lekko zielonkawą twarzą. Mam chyba chorobę lokomocyjną. Korek. Odetchnąłem z ulgą. Choć na chwilę zatrzymaliśmy się. Już wiem od dziś, że korek to najpiękniejsze słowo na świecie. Przylepiłem nos do szyby. W aucie obok siedziała trzy osobowa rodzina. Wyglądała całkiem zwyczajnie, a jednak coś mnie zaniepokoiło..Dziewczyna w moim wieku siedząca na tylnym siedzeniu patrzyła na mnie uważnie. Jej oczy były złote. Przerażająco złote. Znajomo złote. O nie!! Znowu to samo. Bes gaz do dechy – krzyknąłem przerażony. Percy roześmiał się: - Tom uspokój się. Też chcę tych ludzi wyprzedzić, ale bez nerwów. Jest korek. Nie o to chodzi baranie.. - zacząłem, ale przerwało mi w pół zdania mocne wstrząśniecie autem. To ten sąsiedni samochód w nas rąbnął. Poczułem mocny ból w czaszce. Coś ciepłego i kleistego spływało mi po głowie. Niestety to nie był dżem. To była krew. Wytoczyłem się z trudem z auta. W głowie czułem mocny ból. Autostrada wirowała wokół mnie. Lissa ? - wymamrotałem. To było naprawdę dziwne. Właśnie przeżyłem wypadek samochodowy( drugi w tym tygodniu) i zobaczyłem te złote oczy, z którymi miałem złe wspomnienia. A ja zamiast martwić się o siebie myślałem o tym czy ona żyje. Czy nic jej nie jest? Gdzie jest? Dostrzegłem wtedy ten samochód, w którym siedziała ta rodzina. Najwyraźniej stuknęli w nas specjalnie. To było niepokojące. Jeszcze bardziej niepokojący był fakt, że nigdzie ich nie widziałem. Tutaj herosie – odezwał się zimny dziewczęcy jakby nieludzki głos – Odwróć się synu Zeusa i gotuj na śmierć. Spojrzałem w tamtą stronę. Stała tam ta dziewczyna w moim wieku. Była wyjątkowo drobna. Miała kasztanowe loki i jasną cerę mocno i gęsto usianą złotymi piegami. Jej oczy były przerażająco złote. Przypomniałem sobie kiedy ostatnio miałem do czynienia z osobą z identycznymi oczami. Był to taksówkarz w Los Angeles jakiś roku temu. Próbował rozjechać mnie i Lenę taksówką uprzednio poinformowawszy nas przez megafon ( nie pytajcie mnie skąd go miał, Los Angeles to bardzo dziwne miasto) z szerokim uśmiechem, że jest elejdonem złym duchem, który opentał ciało mężczyzny w celu zabicia nas z rozkazu matki Gajii. Po wjechaniu samochodem w ścianę duch opuścił ciało taksówkarza. Mężczyzna nic nie pamiętał. W każdym razie wracając do chwili tu i teraz. Dziewczyna uśmiechnęła się uśmiechem w którym nie było cienia wesołości tylko groźba. Nie dziewczyna poprawiłem się w myśli tylko elejdon. Tom Morel? - syknęła groźnie przenosząc ciężar ciała z nogi na nogę. E..nie. Pomyliłaś mnie z kimś – wymamrotałem w nadziei, że mi uwierzy. Niestety myliłem się. Gotuj się na śmierć – syknęła ponownie. Powtarzasz się – wymamrotałem napinając cięciwę łuku. Wtedy pomyślałem: „ Hej to przecież niczemu winna śmiertelniczka opętana przez złego ducha. Nie mogę jej zrobić krzywdy. Mogę się tylko bronić. To nie będzie trudne, bo ona jest taka drobna i w ogóle.” I wtem uprzytomniłem sobie jeszcze jedną rzecz. Mam łuk. To broń ofensywna. Nie defensywna. Nigdy mi to nie przeszkadzało, bo moją obroną jest skuteczny i szybki atak. Teraz to nie wystarczy. Nie chciałem atakować tej osoby. No cóż, ale ona mnie..bardzo. Zresztą nie sądziłem, że coś da przeszycie jej strzałą. Elejdon znajdzie sobie raz dwa inne ciało. Tylko ona odczuje tego nieprzyjemne dla niej skutki. Chodzi mi o tego rodzaju nieprzyjemności kiedy wykrwawiasz się na śmierć z strzałą wbitą w pierś. Dziewczyna rzuciła się ku mnie. Zanim pomyślałem „Ej nie masz jak się bronić i nie możesz atakować. Nogi za pas i uciekamy przed tą rudą” „ta ruda” doskoczyła do mnie i wyrwała mi mój łuk rzucając go bezczelnie za siebie!! Zero szacunku z jej strony dla śmiercionośnej broni. Nie chcę ci zrobić krzywdy – wyjąkałem układając dłonie w uspokajającym geście. Dziewczyna chyba miała to w nosie. No dobra nie chyba. Na pewno miała to w nosie. Chwyciła mnie za rękę. Przerzuciła mnie sobie przez ramię chwytem godnym zapaśnika. Wylądowałem z głośnym łoskotem na ziemi. Poczułem nagle, że coś wbija mi się w klatkę piersiową. Otworzyłem oczy, które uprzednio zamknąłem, bo ból po upadku był naprawdę silny. I..yy bolesny? Patrzyła na mnie twarz tej opętanej dziewczyny. Za nim zdążyłem pomyśleć o ucieczce albo czymkolwiek innym poczułem ręce zaciskające się na mojej szyi. Nie mogłem oddychać. To ta dziewczyna klęczała na mnie i dusiła mnie .Próbowałem się wyrwać. Bez skutecznie. Coraz bardziej brakowało mi tlenu. Zaraz umrę. Wiem to na pewno... Nagle ręce puściły moje gardło. Złapałem oddech. Spojrzałem na dziewczynę. Nie puściła mnie z własnej woli. Wyginała się jakby w dziwacznym tańcu i wrzeszczała: - Złaź ze mnie. No złaź.Do jej szyi przyłożony był sztylet. Znajomy srebrny sztylet. Trzymało go coś albo ktoś niewidzialny uczepiony jej karku. Ja ci dam – krzyknął znajomy głos Leny idący od pleców dziewczyny – Mojego eks – brata tylko mnie można podduszać. Przestań tak wierzgać. Wbiję ci naprawdę ten sztylet w gardło jak nie przestaniesz. Niewidzialna Lena urządziła sobie rodeo z ludzi? Dobra jak na nią to jest całkiem normalne. Zaraz co ona mówiła o tym sztylecie i gardle.. Lena to Elejdony jak ten taksówkarz!! Nie możemy ich skrzywdzić – wrzasnąłem do pustej przestrzeni. Trele morele. Wiem. Ja chcę ją tylko nastraszyć – odkrzyknęła mi pusta przestrzeń. Nie powinna tego mówić. Usłyszałem głośne bum. Lena upadła. Z jej głowy zsunęła się bejsbolówka Jankesów. Dziewczyna była znów widzialna. Elejdon wyrwał mojej byłej siostrze sztylet. Sztylet, który zamierzał mnie zabić. Próbowałem się podnieść, ale ona była już przy mnie. Uniosła sztylet, żeby zadać ostateczny cios...I wtedy nagle jakaś dziewczyna wskoczyła przede mnie blokując cios swoim sztyletem. To była Lissa. Elejdonówna ponownie cięła. Lissie udało się zahamować cięcie. Kolejne. I następne też. A ja leżałem tam podkulony i jak głupi przyglądałem się tej walce. Kątem oka zauważyłem, że kilka metrów dalej Annabeth i Percy bronią się przed rodzicami tej nastolatki co prawie mnie udusiła. Oni również byli opętani. Usłyszałem trzask. Popatrzyłem znów na Lissę i tamtą dziewczynę. Egipcjanka przegrała. Odsuń się, a zabiję tylko twojego chłopaka – powiedziała sykliwie ruda. Nigdy – odpowiedziała prawie warcząc Lissa – I to nie..no to nie jest mój chłopak – dodała trochę zmieszanym głosem i mógłbym przysiąc, że zarumieniała się. Walczyła do mnie tyłem więc nie widziałem jej twarzy. I nie. Wcale nie patrzyłem się na jej tylną część ciała. Uświadomiłem sobie, że ona chce za mnie oddać życie. Musiałem coś zrobić, ale wtedy ruda opuściła sztylet. Zamrugała oczami. Przestały być złote. Były szare. Zwyczajne i ludzkie. Wyglądała na zmęczoną. Wreszcie wolna – wydyszała z trudem. Najwyraźniej była świadoma opętania i jakoś udało jej się wygnać elejdona z ciała. Spojrzała na nas niepewnie jakby przepraszająco. Sorry, że wam prawie wyprułam flaki. Nie byłam sobą – powiedziała. Tom co ona powiedziała? – wyszeptała mi Lissa do ucha. Zaraz po odzyskaniu przez tą rudą świadomości cofnęła się za mnie jakby sama dziewczyna przerażała ją bardziej niż walka z elejdonem. Nie wiedziałem o co chodzi Lissie z tym „ co ona powiedziała?”. Przecież chwilę wcześniej świetnie się dogadywały. No jak na osoby walczące na śmierć i życie. No tak!! Ale ja jestem głupi. Przecież elejdon mówił po grecku, a Lissa jako półbogini zna ten język. Ta dziewczyna mówiła teraz po Polsku. Możesz ich jakoś odczarować? – powiedziałem do dziewczyny wskazując na jej rodziców nawalających Percy'ego i Annabeth gałęziami, które musieli zabrać z lasu koło autostrady. Doszedłem do wniosku, że Polacy są mega kreatywni. Dziewczyna przyglądała się przez chwilę swoim rodzicom po czym kiwnęła lekko głową. Cofnijcie się - rozkazała. Po co..? - spytałem, ale dziewczyna nie słuchała mnie. Zamknęła oczy. Na jej twarzy wyrosło skupienie i wyglądało to też trochę tak jakby robiła kupę...Co taka prawda!! Z jej pleców wynurzył się ogromny, biały kształt..To były orle skrzydła. Dziewczyna zamachała nimi lekko. Przez powietrze przeszła jakby lekka czerwona mgiełka. Chwilę potem zniknęła. Rodzice nieznajomej zamrugali i opuścili tą niezwykle zabójczą broń jaką były kije. Ich oczy były zwyczajne. Kobiety ciemno – brązowe, a mężczyzny zielonkawe. Obaj wyglądali na zdziwionych i przerażonych. Najwyraźniej nie byli świadomi niedawnych wydarzeń. Spojrzałem na naszą nową znajomą. Nie miała już orlich skrzydeł. Mamo, Tato – podbiegła do rodziców. Lucyna co tu się.. - zaczął mężczyzna, ale ruda mu przerwała zdecydowanym głosem: - Tato nie teraz. Nie tu. Musimy ich z tond zabrać. Ale.. - tym razem zaczęła kobieta, ale córka uciszyła ja ruchem ręki mówiąc: - Teraz. Bez dyskusji. Nigdy nie widziałem dziecka rozkazującego rodzicowi bez ochrzanu. Ta dziewczyna nie dostała po uszach, a do tego jeszcze rodzice wysłuchali jej polecenia. Wsiedli do swojego porshe bez żadnych pytań. Dziewczyna spojrzała na mnie unosząc brwi: - a ty co głuchy? Pakujcie się do auta. Próbuję uratować wam skórę. Pobiegłem w stronę auta ciągnąc za sobą Lissę. Gdy pakowaliśmy się pospiesznie do auta przekazałem Percy'emu, Annabeth i Lissie słowa dziewczyny. Gdy mieliśmy już ruszać zauważyłem, że świat się zatrzymał, poruszaliśmy się tylko my. Chciałem się spytać innych czy też to zauważyli, kiedy coś sobie uświadomiłem. Zapomnieliśmy o czymś. A może raczej o kimś..? Nie przejmujcie się mną. Próbowałam wam ratować życie, ale to nieważne! Zostawcie mnie na pastwę Polaków – usłyszałem głos Leny dochodzący z ulicy. Zaczekajcie – powiedziałem do ojca rudowłosej, który już odpalał silnik. Wybiegliśmy z Percy'm z auta. Zirytowało mnie to. Czułem coś w rodzaju zazdrości. T o nie on znosił Lenę przez czternaście lat!! A teraz pojawia się nagle i zgrywa odpowiedzialnego braciszka. Rozwalało to mój świat. Do niedawna jedynym członkiem rodziny jakim mi pozostawał była Lena. Gdy okazało się, że nie jest moją siostrą czułem się okropnie. Byłem sam na tym świecie. A ten Percy? Miał wszystko. Matkę, ojczyma( obiło mi się o uszy), dziewczynę i sławę. A teraz dochodziła do tego zagubiona siostra. Moja siostra!! Po chwili poczułem wyrzuty sumienia. To nie wina Percy'ego, że nie znał Leny. To ich matka porzuciła ją z powodu przepowiedni. On był wtedy małym dzieckiem...W każdym razie podbiegliśmy do Leny, która nadal leżała na asfalcie. Nic jej nie było. Oprócz tego, że była wściekła. Chyba kiedyś już wspomniałem, że wściekła Lena to duży problem? Obrażona na cały świat wyzywając mnie i Percy'ego od męskich szowinistycznych świń usadowiła się między Lissą a Annabeth. My też z Percym wsiedliśmy do auta. Rudowłosa dziewczyna pstryknęła palcami. Świat wokół nas znów zaczął się poruszać. Ludzie wyglądali na zdziwionych. Wszystko wskazywało na to, że pamiętają wydarzenie do czasu odzyskania przez rudowłosą panowania nad ciałem. Wnioskuję to po tym, że wszyscy rozprawiali żywo i wykonywali rożne gesty wyglądające na rudowłosą atakującą mnie sztyletem i mnie samego piszczącego w panice. Ruch uliczny znów ruszył. Wtopiliśmy się w go bez większych problemów. Gdzie jedziemy? – spytałem rudowłosej. Do mojego domu – powiedziała – Tam będziecie bezpieczni. Macie mi wiele do wyjaśnienia. No w sumie ty masz..twoi przyjaciele nie umieją po Polsku? Nie – odparłem. Jak masz na imię? – spytałem po chwili. Lucyna – odparła. Lu..jak? - nie umiałem tego wymówić. Po waszemu po prostu Lucy – powiedziała, a po chwili spytała – Bo jesteś Amerykaninem, nie? Nie. Francuzem. Dziwne – powiedziała pod nosem jakby do siebie. Ale co? Myślałam, że Francuzi są przystojni – powiedziała i to zakończyło rozmowę. Moja męska duma ucierpiała. I to bardzo. W końcu zjechaliśmy z autostrady na leśną ściółkę. Sprawiło mi to pewnego rodzaju ulgę. Od dwóch lat nie zaznałem cywilizacji. Teraz przeszkadzała mi ona. Tęskniłem za lasem. Wyjechaliśmy na leśną łąkę. Stał na niej dom. Był drewniany, w góralskim stylu, ale z całą pewnością nowy. Zaparkowaliśmy. …............................................................................................ Jakieś pół godziny później siedzieliśmy w dużej kuchni w piątkę popijając gorące kakao. Lucy po wręczeniu nam napojów oświadczyła, żebyśmy się nigdzie nie ruszali( jakbyśmy mieli na to siłę i ochotę) i, że zaraz będzie. Usłyszałem przez otwarte drzwi jak rozmawia z swoją matką. Dziecko to jacyś włóczędzy i kryminaliści nie możemy ich tak po prostu przyjąć pod nasz dach!! - powiedziała matka. Duży minusy pani mamo Lucy. Oj duży. Mamo musisz!! Zrób to dla mnie proszę. Oni coś będą o mnie wiedzieć. Pomogą mi. Potwory przestaną nas nachodzić – powiedziała błagalnie dziewczyna. Głośne westchnięcie matki. No dobrze. Ale tylko na jedną noc. Dziękuję. Idę się nimi zająć – powiedziała Lucy. Słowo zająć nie spodobało mi się. Dziewczyna weszła do kuchni. Wyglądała na mocno zdeterminowaną. Francuz.. - powiedziała. Tom – uściśliłem. No Tom masz łeb rozwalony.. Ale spostrzegawcza – przerwałem jej znowu. W każdym razie chodź ze mną. Zajmę się nim – powiedziała władczo jakby często wydawała rozkazy. Ależ nie trzeba.. Łeb ci krwawi debilu. Więc pójdź ze mną na górę, żebym mogła ci go opatrzyć – powiedziała tym razem z nutą groźby. Nie miałem wyboru. Powlokłem się za nią. Gdy mijaliśmy jej mamę krzyknęła do niej przez ramię: - Mamo ty dobrze mówisz po angielsku. Zajmij się resztą. Ja temu opatrzę ranę. Pani mama Lucy nie wyglądała na zadowoloną. Na samym szczycie schodów znajdował się pokój. Weszliśmy do niego. Był niewielki z białymi ścianami, jednym małym oknem, łóżkiem i mnóstwem szafek. Siadaj – dziewczyna wskazała na tapczan w kącie. Zająłem nieśmiało wskazane mi miejsce. Lucy zaczęła szperać w szafkach. Po chwili wyjęła z nich apteczkę. Jest – powiedziała z miną pełną samozadowolenia. Usiadła obok mnie. Poczułem się z tym trochę dziwnie. Odsunąłem się od niej. Oj nie bądź dziecinny tylko cię opatrzę – powiedziała i przysunęła się do mnie. Zaczęła bandażować mi głowę. Jesteś taki jak ja prawda? Ty też umiesz robić rzeczy, które innych nie umieją? - spytała, a w jej głosie było słychać ekscytacje. Jakie rzeczy? - spytałem. Umiem zatrzymać chwilowo czas. Maksymalnie na dziesięć minut i wykańcza mnie to, ale nie jest to niemożliwe... Umiesz się zmieniać w pół orła – dodałem. Ale ty wiesz kim jestem, prawda? Może jesteś półboginią? - podpowiedziałem. Kim? Opowiedziałem jej wszystko co sam wiedziałem. Powiedziałem o misji. Gdy powiedziałem „ Świętowit” drgnęła i powiedziała: - nie jestem półboginią. Moje życie jest związane z bóstwami Słowiańskimi. Ja to wiem. A ty mi pomożesz odkryć kim jestem. Czemu ja? Bo – zająknęła się lekko – bo..raz przyśnił mi się Świętowit. Powiedział, że pewien Francuz pomoże odkryć mi kim jestem – spojrzała na mnie tak jakbym miał się z tego śmiać. Ze snów można wiele się dowiedzieć – powiedziałem – Twoi rodzice nie są tacy jak ty? - spytałem po chwili milczenia. Karol i Ewa? Nie są moimi rodzicami. W każdym razie nie prawdziwymi. Mówię do nich mamo i tato, bo nie maja własnych dzieci i lubią, gdy się do nich tak zwracam. Co się stało z twoimi prawdziwymi rodzicami? - zapytałem niepewnie. Nie wiem. Nie znałam ich. Ewa znalazła mnie w orlim gnieździe obok domu. Miałam najwyżej parę miesięcy. Przy garneli mnie z Karolem i wychowali jak własną córkę. Dowiedziałam się o tym w wieku dziesięciu lat. Wtedy przyśnił mi się Świętowit. Poczułem współczucie. Ja chociaż straciłem matkę to znałem ją. Ona nie wiedziała o sobie nic. Lucy wyglądała jakby miała się rozpłakać. Drzwi otworzyły się nagle. Weszła Lissa. Hej. Lucy umiem opatrzyć tą ranę. Dość już zrobiłaś dla nas. Idź se odpocznij. Ja się nim zajmę – oświadczyła spokojnie Egipcjanka. O bogowie, ależ ona pięknie wyglądała w lekkich promieniach zachodzącego słońca wyglądających przez okno. Ej przetłumacz to swojej koleżance – powiedziała do mnie pstrykając mi palcami przed nosem. A..e jasne – wydukałem. Przetłumaczyłem Lucy wypowiedź Lissy. Ta tylko kiwnęła głową i wyszła. Na jej policzku dostrzegłem łzę. Drzwi zamknęły się. Nie no masz talent – powiedziała – umiesz doprowadzić dziewczynę do płaczu. Usiadła obok mnie i zabrała się do kończenia dzieła Lucy. Tylko jedno mnie zastanawia - powiedziała bardzo delikatnie opatrując mi głowę bandażem. Było to..przyjemne. Czy się popłakała – kontynuowała Lissa – dlatego, że tak kiepsko ją podrywałeś. Co? - ledwo zdołałem to z siebie wydusić, bo byłem tak zaskoczony i jednocześnie oburzony – wcale jej nie podrywałem!! Zanim zacząłeś dała ci kosza? - spytała z udawanym współczuciem. Nie. Gdybym ją podrywał by się nie popłakała. Zrzygałaby się? - podsunęła złośliwie Lissa. Chcesz zobaczyć jakbym ją podrywał? Gotowe – Lissa próbowała zmienić temat. Odwróciłem się do niej i uśmiechnąłem lekko. Czemu ona musi być tak dokuczliwie piękna? Najpierw niby przypadkiem dotknąłbym jej dłoni – powiedziałem i musnąłem lekko swoją ręką rękę Lissy. Spuściła wzrok. A potem? - wyszeptała Lissa patrząc się na swoje stopy. Powiedziałbym, żeby się na mnie popatrzyła i zrobił to – na te słowa odgarnąłem jej kosmyk za ucho. Lissa podniosła wzrok. Nasze spojrzenia spotkały się. Moja ręka zjechała z jej włosów na kark. Nasze twarze przybliżały się do siebie.. Lissa – drzwi otworzyły się i do pokoju wparowała Lena. Odskoczyliśmy od siebie z Lissą. Lissa ty będziesz z Annabeth i ze mną dzielić pokój. Tom, Percy zaraz do ciebie przyjdzie. Dla was przeznaczony jest ten pokój – kontynuowała Lena najwyraźniej nie widząc, że przeszkodziła mi i Lissie w no...pocałunku. Niestety w niedoszłym. Lissa wstała spuściła głowę i bez słowa wyszła. Tom co jej zrobiłeś? - spytała zaintrygowana Lena. Nic nie odpowiedziałem. …............................................................................................ Percy rozłożył sobie śpiwór. Mi zwolnił łóżko. Położyłem się wcześnie. Zasnąłem wyjątkowo szybko. Mój sen był mieszaniną dziwnych scenek. Najpierw była szara mgła. Rozwiała się, zobaczyłem Besa. Wybacz mi przyjacielu. Reszta to wasza misja. Zabroniono mi się mieszać – powiedział karzeł. Bes kto ci zabronił? Ale mój przyjaciel zniknął. Zobaczyłem matkę. Poczułem łzy w oczach. Dzięki tobie da radę. Jesteś dla niej bardzo ważny. Dasz radę mój mały. Nigdy się nie poddawaj. Dla ludzi z wiarą nie istnieje coś takiego jak śmierć. Chciałem ją zatrzymać, ale ona znikła. Zobaczyłem Lissę. Umierającą. Tom pomóż – wyszeptała z trudem z łzami w oczach. Chciałem. Ale nie mogłem. Scena rozwiała się. Stałem w jakimś pomieszczeniu. Czy to...poczta? Witaj, synu. Powiedział to mężczyzna stojący za ladą. Ty to..? Hermes. Czemu więc mówisz do mnie synu? Przecież moim ojcem jest Zeus. Czyż nie? Hermes westchnął: - Przejdźmy się, dobrze? Jak nie odmówić Bogu? - odpowiedziałem pytaniem. Mądry jak matka – powiedział uśmiechając się posępnie. Znałeś moją matkę? -wyszeptałem. Tak. Dziecko będzie to dla ciebie szok, ale ty musisz wiedzieć. Twoja matka przyjechała z misją do stanów. Poznała mego ojca. Zeusa. Pokochał ją, bo była taka piękna, odważna i pełna życia. Zaszła w ciążę. Powiedziała mu. On się wściekł, bo dowiedział się, że jest ona magiem. To było nie dopuszczalne. Heros dziecko maga. Chciał was uśmiercić. Pokochałem ją. Pomogłem wrócić do Francji gdzie nie sięgała władza ojca. Opiekowałem się wami. To wtedy byłeś ty. Przyśniłeś się mamie. Ona wtedy powiedziała „ mówił, że macie niewiele czasu”. Uratowałeś nas przed chaosem w zagładzie domu paryskiego. Hermes kiwnął głową: - Dzisiaj to Zeus wysłał elejdony. Próbowałem to przetrawić. Mój własny ojciec próbował mnie zabić. Nagle z ust Hermesa wydobył się kobiecy krzyk. Obudziłem się. To nie Hermes krzyczał. To ktoś na dole w realu. Spojrzałem w dół na Percy'ego. On też już nie spał. Między nami przeszła nić porozumienia. - Sprawdzimy kto to – powiedziałem.
Lucy

wtorek, 11 marca 2014

Przeprosiny

Dobra ten post to nie rozdział od razu mówię. To przeprosiny dla mojej najlepszej przyjaciółki. To mój blog więc mam pewne prawo takie coś na nim napisać. Pati bardzo cię przepraszam i mam nadzieję, że przez tą głupotę nasza przyjaźń się nie skończy. Wierszyk z dedykacją dla ciebie:
Na górze mielone na dole schab my się kochamy jak Flip i Flap
Jeszcze raz sorry. Proszę, żeby tego posta nikt nie komentował.

czwartek, 6 marca 2014

Rozdział VIII Jak stanęłam twarzą w twarz z bogiem o czterech twarzach

Hej. Rozdział dzisiaj niezbyt długi, ale myślę, że może być. Tydzień temu skończyły mi się ferię więc każdy nowy post będzie w piątek albo w sobotę co tydzień. Nie wcześniej. Mam nadzieję, że przez rzadsze wstawianie nie przestaniecie czytać. Aha jeszcze dwie sprawy. Bardzo, bym prosiła, żeby pod jednym rozdziałem było choć osiem komentarzy. To dla mnie  ważne. Choćby buźka, żebym miała pewność ile osób czyta. :-) - jak się spodobało:-( - jak nie. Ogłaszam coś w stylu zawodów. Na najciekawszy komentarz. Oczywiście bez nagród tylko wiecie takie na satysfakcje.  Proszę was o wzięcie udziału  w ankietach. Nie trzeba mieć konta w google do tego. Po prostu zaznacza się odpowiedź i daje  " zagłosuj". Zapraszam na rozdział. Opisuje Lissa.

    Rozdział VIII
    Uznaję, że Kraków jest oficjalnie sto razy niebezpieczniejszy od stada oszalałych gryfów. Ja nie żartuję. W trakcie biegu do kawiarni, w której mieliśmy się spotkać z Percy'm, Annabeth i tajemniczym nieznajomym omal dwa razy nie zostałam potrącona przez bryczkę, chyba z pięć razy mało brakowało, a potrąciłyby mnie auta na zielonym świetle i to jeszcze na przejściu dla pieszych. Już nie wspomnę o ludziach rozdających ulotki. O bogowie ci to byli nachalni. Nie zniechęcał ich fakt, że nie umiem po Polsku, a oni po Angielsku. Tom miał dość oleju w głowie, żeby udawać, iż nie rozumie ich języka. Jeju ten facet ma same zalety!! O bogowie czy ja naprawdę to pomyślałam?! W końcu po wielu niebezpieczeństwach miejskiej dżungli dotarliśmy na miejsce. Od razu dostrzegliśmy Percy'ego i Annabeth siedzących w kawiarni. Miałam rację. Nie byli sami. Mężczyzna, który im towarzyszył miał około trzydziestu pięciu lat. Był wysoki, dobrze zbudowany. Ubranie miał godne biznesmena. Z jednym małym wyjątkiem. Na głowie miał ogromną, kolorową czapeczkę. Na nosie miał szpanerskie, czarne okulary. Pod nosem miał lekki wąsik.
  • Hej – powiedziałam niepewnie i dosiedliśmy się do stolika.
  • Cześć – odpowiedział Percy i wskazał ręką na nieznajomego – To jest..
  • Świętowit – przerwał mężczyzna mu w pół zdania. Miał kiepski akcent – Główne bóstwo słowiańskie. Dla przyjaciół jestem po prostu Witek. Możecie mi tak mówić.
  • Bóstwo słowiańskie?! Jest takie coś?! - spytałam zszokowana.
    Świętowit westchnął ciężko i powiedział: - Będzie wam trzeba jeszcze dużo wytłumaczyć. No więc słuchajcie uważnie, okej? Zacznijmy od tego co wy grecy nazywacie cywilizacją zachodu, a my słowiańscy bogowie nazywamy to po prostu cywilizacją rządzoną przez nadętych bogów. Jest jeszcze Egipt. W sumie obie te cywilizacje działają podobnie. Oprócz tego, że grecy się przemieszczają. Pewnie wspominano wam, że najpierw byli w Grecji potem w Rzymie i tak dalej i tak dalej. W każdym miejscu, które było centrum świata. Niestety kilka miejsc pominęli. W tym państwa słowiańskie. Ludzie zamieszkujący tamte ziemie nie mogli znieść takiej zniewagi. Stworzyli sobie własne bóstwa.
    Annabeth zadała pytanie, które nam wszystkim cisnęło się na usta, ale ona miała taki wyraz twarzy jakby się chciała zesrać jeśli nie zdobędzie tej informacji: - Nie rozumiem Panie Świętowicie. Jak można stworzyć bogów?
  • Widzicie – Świętowit zamyślił się lekko – ja i moi pomocnicy czy tam współtowarzysze nie jesteśmy tacy jak wasi bogowie. Oni powstali z tytanów. Tytani powstali z Gaji i Uranosa, a ci powstali z samego Chaosu.
    Na te słowa wzdrygnęłam się. Mój sen. To Chaos był tam na samym dole. Rozwiązanie tej zagadki nie pomogło mi wcale się uspokoić. Niewiedza jest czasem o wiele lepsza niż wiedza.
  • A z nami było tak – kontynuował Świętowit najwyraźniej nie widząc jak bardzo pobladłam – Słowianie zaczęli usprawiedliwiać różne zjawiska atmosferyczne i wydarzenia. Nie lubili ani Egipskich ani Greckich bogów więc nie przyjmowali do wiadomości, że to na przykład przez Zeusa są burze. Nie, uparli się, że to sprawka potężnej istoty. Nazwali ją Perun. Podobnie z innymi rzeczami. Każdej postaci składali ofiary, aby popaść w jej łaski. Przez jakieś pierwsze pięćdziesiąt może hmm..sto lat było to bezsensowne, bo nic takiego nie istniało, ale w końcu ich wiara w te bzdety stała się tak mocna, że z chaosu powstały owoce ich wyobraźni. Bóstwa słowiańskie. Próbuję wam przez to powiedzieć, że bogowie byli zapisani w fatach, więc nie ważne czy ludzie o nich zapomną czy nie będą istnieć. Z nami jest inaczej. Nasze powstanie nie było planowane. Więc to co nas stworzyło może nas zniszczyć.

  • Więc jeśli ludzie o was zapomną i przestaną wierzyć to po prostu znikniecie, tak? - zapytała Annabeth bardzo podekscytowana.
  • Tak – potwierdził Świętowit.
  • A ci ludzie nie są już chrześcijanami? Nie uważają was za bajeczki? – zauważyła córka Ateny.
  • Hmm..mamy pewnego rodzaju zabezpieczenie – powiedział niepewnie Świętowit. Myślałam, że nam o tym opowie, ale on tylko milczał. Po chwili spojrzał na mnie i powiedział bardzo poważnym tonem: - Tylko najważniejsze istnienia, które odegrają najważniejszą rolę są zapisane w Fatach. Niewiadome są tam losy pojedynczych ludzi, którzy są niczym robaki w porównaniu z wszechświatem. Twoje istnienie było zaplanowane od początku istnienia fat Lisso Hariri.

  • Że jak? - wykrzyknęłam wstrząśnięta, ale Świętowit nie patrzył się już na mnie tylko skierował wzrok na Percy'ego i Annabeth.
  • Wasza miłość też jest tam zapisana. Przyszłość waszego potomka odmieni losy świata.
    Para patrzyła na niego wstrząśnięta.
  • Nasza miłość jest tak ważna – wyszeptała Annabeth.
  • Nawet nie wiesz jak bardzo – powiedział tajemniczo Świętowit.
  • Ale skąd o tym wiesz? - spytała wojowniczo Lena.
  • Ja wiem wszystko. Ułatwia mi to fakt, że mam cztery twarze.
  • Cooo? - powiedziała Lena robiąc wielkie oczy. Świętowit zrzucił tą głupią czapeczkę, a ja zrozumiałam po co mu była. No sorry, ale ludzie by się gapili, gdyby widzieli go bez niej. Mianowicie dlatego, iż miał cztery twarze. Jedną z przodu, dwie po bokach, a czwarta z tyłu. Lena krzyknęła.
  • Dobra wierzę ci, że wiesz wszystko, a teraz ubieraj czapkę – powiedziała przerażona córka Posejdona. Świętowit roześmiał się, ale spełnił jej żądanie.
  • Czemu nosisz czapkę, przecież śmiertelnicy cię takim nie widzą? - spytałam przypominając sobie zdenerwowanych kierowców sterczących jak kołki podczas, gdy ja Walt i Sadie uciekaliśmy przed gryfem. Świętowit prychnął i powiedział: - Chodzi wam o tą waszą głupia mgłę? Działa tylko na was Amerykanów. Słowianie są inni. Są zbyt inteligentni – powiedział robiąc nacisk na ostatnie słowo.
  • No dobrze, ale skoro jesteś bogiem słowiańskim to nie powinieneś mówić czy ja wiem choćby po ...Polsku, na przykład? - zapytałam.
  • Każdy bóg dwudziestego pierwszego wieku umie angielski. Kto zna ten język ma otwarte drzwi na świat – oznajmił trochę urażonym tonem, że na to nie wpadliśmy.
  • Aha – zdołałam wydukać. Siedzieliśmy przez chwilę w milczeniu, aż w końcu Świętowit powiedział: - Nadchodzi albo raczej nadjeżdża wasz przyjaciel. A ty chłopcze – powiedział patrząc na Toma – pamiętaj, że warto jest się zaprzyjaźniać z ludźmi, których spotkasz na swojej drodze. To ci się niedługo przyda. Aha, jeszcze jedno zanim odejdę. Bądźcie łaskawi przypomnieć swojemu przyjacielowi, że na autostradzie jest ograniczenie do 140. Byłbym wdzięczny. Nara – powiedział i znikł.
    Pod kawiarnią z piskiem opon zahamowała znajoma limuzyna. Otworzyło się okno i wyjrzała z niego twarz: - Tęskniliście Amigos? - spytał Bes szczerząc zęby w szerokim uśmiechu.

piątek, 28 lutego 2014

Rozdział VII Przymusowa randka


      Rozdział VII
      To znowu ja, Lissa. Bardzo współczuję Lenie. Czy tam Helenie. Kto to wie? Może opiszę co się stało, gdy Lena „ pobiegła” do łazienki. Percy schował twarz w dłoniach, a Tom{ oczywiście mnie to nie obchodzi} miał pustkę w tych swoich szarych burzowych oczach. Annabeth patrzyła na swojego chłopaka ze smutkiem, ale najwyraźniej nie wiedziała jak mu pomóc. W pewnym momencie usłyszeliśmy głośny buch. Zamieszanie. I okrzyki:
    • Kible wybuchły!!!- albo -
    • Atak łazienek!!
      Z miejsca, w którym wybuchło zamieszanie wybiegła Lena zgrabnie przeciskając się przez tłum. Widać było, że płakała. Oczy miała mocno zaczerwienione, ale mimo to odezwała się całkiem spokojnie: - E, mamy mały problem. Bo przeze mnie eksplodowały jakby to powiedzieć...kible..
      Percy podniósł twarz. Też miał zaczerwienione oczy.
    • Do samolotu. Biegiem. - powiedziała Annabeth.
      Ruszyliśmy za nią. Odetchnęłam z ulgą, gdy zajęłam w końcu miejsce w samolocie. Do czasu, gdy nie zauważyłam jak zajęliśmy miejsca. Za mną przy oknie siedziała Lena. Obok niej miejsce zajmował Percy. Po jego drugiej stronie siedziała Annabeth. A więc ja siedziałam obok Toma. Przesiadłam się siedzenie dalej i postawiłam między nami plecak. Nie wiele to pomogło. I tak nie mogłam się powstrzymać, żeby nie zerkać od czasu do czasu do czasu na jego profil. Miał naprawdę ładny, prosty nos. Lissa skup się. Masz bardzo głupie myśli. Boże, ale on ma naprawdę ładny nos. Nienawidzę chłopaków z krzywymi nosami. Zwłaszcza jak wydają się ładni, a tu... bum z profilu mają garba, a nie nos. Nie zrozumcie mnie źle. Nie zwracam uwagi tylko na wygląd. Jasne, charakter też jest ważny. A on jest odważny i do tego ma prosty nos z profilu...
      Wystartowaliśmy. Zerknęłam do tyłu, żeby zobaczyć jakie ma humory reszta. Lena z miną nie wyrażającą emocji bawiła się łańcuszkiem. Raz oglądała część zawieszki z „Lena”, a potem tą z „He”. Na sam koniec przykładała je do siebie, uważnie studiowała wzrokiem, aby w chwilę potem odłożyć je od siebie jakby nie mogąc się zdecydować kim jest. Leną czy też Heleną? Percy patrzył na Lenę, a jego twarz również nie wyrażała emocji podobnie jak jej. Annabeth patrzyła na tą dwójkę i widać było, że bardzo cierpi, iż nie może im pomóc. Jest jeszcze jedna osoba... Nie, nie spojrzę na nią. Będę silna. Yes dałam radę...cholera!! A jednak spojrzałam!! Tom bawił się swoimi palcami z smutną miną. Rozczuliło mnie to w jakiś dziwny sposób. O bogowie, czy ja się na pewno dobrze czuję? Postanowiłam w końcu, że się prześpię. Zamknęłam oczy i przytuliłam policzek do przyjemnie chłodnej szyby. Zasnęłam. I kolejne koszmary...….................................................................................

Opadałam w ciemność. Zaczęłam wrzeszczeć. Mam lęk wysokości. Z resztą mniejsza z tym. Każdy by się darł, gdyby spadał z takiej wysokości. Nie widziałam nawet o co rąbnę. Wiedziałam tylko tyle, że tam na dole czai się coś niedobrego. Nagle wszystkie horrory, które oglądałam w życiu wydawały mi się w ogóle nie straszne.

  • Co mała półboginko? Masz już dość? Wyczuwam twój strach. Nie dasz rady. Nie pokonasz mnie mała egipcjanko. Zginiesz. A wraz z tobą wszyscy, których kochasz – wysyczał głos. Nie byłam w stanie rozpoznać czy głos należał do mężczyzny czy też kobiety, ale gdy go słyszałam miałam ochotę uciekać. Schować się pod kołdrą jak wtedy, gdy miałam dość wszystkiego. Gdy wszyscy się nade mną znęcali. Gdy bałam się wyjść z domu następnego dnia.
  • Spieprzaj – powiedziałam głośno i wyraźnie do tej starożytnej siły wobec, której czułam strach. Bo niby czemu nie? Groziła mi skubana. Nagle bum wylądowałam na twardej posadce. Była czarna. Wtedy zrobiło się nagle jasno. Znajdowałam się w podłużnym, dużym pomieszczeniu. Był urządzony w egipskim stylu.
  • Lissa podnoś dupę. Nie mamy całego dnia – odezwał się znajomy głos. Odwróciłam się w stronę, z której dobiegał. To niemożliwe, ale jednak była tam...
  • Sadie? - spytałam zdumiona. Przewróciła oczami.
  • Nie, Carter. Na gacie Besa jasne, że to ja.
  • Ale co ty tu robisz? - spytałam.
  • Nie wiem. Ty mi powiedz. To twój sen. - oświadczyła całkiem, poważnie.
  • Ee, czyli, że ciebie tu nie ma? - zrobiło mi się trochę smutno, bo chyba mogłam uznać Sadie za swoją koleżankę.
  • Jasne, że nie. Jestem wytworem twojej wyobraźni. A teraz łaskawie chodź za mną – odwróciła się i ruszyła przed siebie. Wstałam i poszłam za nią. Nie wiem ile szłyśmy. Widziałam tylko plecy Sadie. Szła bardzo szybko i nawet, gdy biegłam jej sylwetka nie przybliżała się. To było dziwne, ponieważ{ nie chcę się chwalić} jestem oficjalnie najszybsza w szkole. Weszłyśmy do małego pomieszczenia. To był pokój luster. Były one oczywiście starożytne w złoconej ramie. Patrzyło na mnie około trzydziestu Liss. Było to trochę przerażające. Niby to samo co zwykle. Egipska dziewczyna o nie najbrzydszych rysach, obcięta na Kleopatrę. Miałam na sobie podkoszulek w oliwkowym kolorze do tego szorty wpasowujące się w kolor mojej skóry. Oprócz tego wygodne ciemno – brązowe buty. Coś w mojej twarzy się zmieniło. Miała dojrzalszy wyraz i coś dzikiego w rysach. Jakbym w każdej chwili była gotowa rozwalić jakiegoś potwora gołymi rękami. Sztylet przyczepiony do pasa również robił swoje. Nagle postać w lustrze zmieniła się. Zatkało mnie. To nadal byłam ja. Ale zupełnie inna. Złota suknia i mnóstwo złotych ozdób w czarnych włosach. Wyglądałam jak Kleopatra. Wiele osób twierdziło, że jestem do niej uderzająco podobna. Oczywiście nie powiedzieli mi tego w prosto w oczy, bo byli by zmuszeni przyznać, że jestem niezaprzeczalnie ładna podobnie jak owa królowa Egiptu. Ale jak już wspomniałam wszyscy szczerze mnie nienawidzili więc mogłam liczyć co najwyżej na komentarz w stylu „ Boże Hariri troll jest od ciebie ładniejszy”. W rękach miałam bicz i laskę pasterską. Symbol władzy faraona.
  • Odzyskasz tron faraona. Twoje dziedzictwo – powiedział jakiś głos w mojej głowie. Obudziłam się gwałtownie. Przed oczami nadal miałam obraz młodej kobiety w lustrze. Mnie.

  • Halluu – powiedziała wychylająca się przez mój fotel Lena. Najwyraźniej humor jej się poprawił.
  • Wiesz, że jestem sławna? – powiedziała wesoło i beztrosko – Tylko posłuchaj.
    Podała mi do rąk małą czarną mp3 i wepchała mi słuchawki do uszu.
  • Specjalnie dla was z Manhatanu. Na tutejszym lotnisku doszło do bardzo nietypowych zdarzeń. Ale o tym więcej nasz specjalny wysłannik Carlos Patison – powiedział jakiś męski popisowy głos – Co się tam wydarzyło Carlosie?
  • Och, nie uwierzysz Frank i wy drodzy widzowie. Otóż wydarzyła i uwaga to nie żart... eksplozja kibli!! – powiedział drugi męski głos. Jeszcze bardziej popisowy niż ten pierwszy – posłuchajcie wypowiedzi świadków tego zdarzenia.
  • Stałam sobie i myłam spokojnie ręce. - głos należał tym razem do kobiety - Nagle wpadła jakaś dziewczynka i zaczęła płakać. Była wyraźnie załamana. Miała czarne włosy. No i była ubrana w ciemne kolory. Hm, jak teraz o tym myślę to mogła być z sekty. Tak to bardzo prawdopodobne. W każdym razie nagle wrzasnęła i kible wybuchły. Ostatnie co widziałam yyy... to było straszne – głos jej się załamał – no nazwijmy to...stałą zawartością toalety.
  • To było straszne. Ja wtedy akurat...no załatwiałam potrzebę – powiedziała inna kobieta roztrzęsionym głosem i byłam pewna, że się przy tym zarumieniła – I wtedy jak nadal siedziałam na toalecie i usłyszałam czyjś krzyk...Coś mnie z całej siły wypchnęło z muszli. Poleciałam wysoko do góry..prawie walnęłam w sufit..Upadłam na posadzkę. Bolało..Na szczęście jestem tylko niegroźnie poobijana, ale i tak mam zamiar pozwać odpowiedzialnych za ten wybuch! Mówię panu to najstraszniejszy moment w moim życiu - zakończyła tym razem groźniejszym tonem, a mi to coś uświadomiło. Jak bardzo różni się życie herosa od zwyczajnego człowieka. Najstraszniejszym wydarzeniem w życiu tej kobiety było wyrzucenie przez kibel jakieś dwa metry w górę, a następnie wylądowanie na tyłku w skutek czego ma teraz siniaki. Powaga? Ja nadal pamiętałam przyspieszone bicie serca, gdy gryf się nade mną pochylał chcąc zadać śmiertelny cios albo mocny uchwyt Argusa i lodowaty dotyk niebiańskiego spiżu na moim gardle...A teraz? Teraz zmierzałam na niebezpieczną misję, którą mogę przypłacić życiem...Nie mogłam znieść tej głupkowatej gatki jakiegoś eksperta, który twierdził, że to był zmasowany atak jakiejś sekty, a czarnowłosa dziewczynka{ Lena} miała podłożyć ładunki. Spekulował teraz na temat motywów tego czynu. Wyglądało też na to, że media bardzo interesują losy czarnowłosej, małoletniej członkini sekty. Miałam dość słuchania tych głupot. Trzasnęłam mp3 o ziemię.
  • Ej – wykrzyknęła oburzona Annabeth – Wiesz jak długo męczyliśmy się z Leonem, żeby to stworzyć!! - powiedziała z dumą.
  • Mp3? - spytałam zdumiona. Annabeth zaczęła walić głową w ramię swojego chłopaka. W końcu się uspokoiła i powiedziała przez zaciśnięte zęby: - To jest urządzenie szpiegowskie. Wpadłam na pomysł zrobienia go zaraz po pokonaniu Gai. Leo syn
    Hefajstosa pomógł mi go wykonać. Ma w opcji podłączanie się do programów telewizyjnych, rozmów telefonicznych i co najlepsze można zadzwonić i jest 95% szans, że potwory nas nie wykryją. Ma też mniej fajne opcje. GPS, paralizator i laser, ale o średniej sile rażenia. Więc podnieś to łaskawie albo – tu bardzo widocznym ruchem musnęła delikatnie ręką rączkę swojego sztyletu. Podałam jej bardzo ostrożnym ruchem sprzęt. Nabrałam do niego sporego szacunku. Annabeth zabrała mi go szybkim ruchem ręki. Miała bardzo macierzyńską minę, gdy wsadzała go do kieszeni.
  • Lotnisko Kraków, Polska. Prosimy o przygotowanie się do lądowania – oznajmił kobiecy głos przez megafon. Wylądowaliśmy. Na lotnisku były tłumy owszem, ale stosunkowo małe w porównaniu z lotniskiem w Nowym Yorku. W ogóle samo lotnisko wydało mi się małe i przygnębiające. Nigdy nie byłam tak daleko od domu. Wprawdzie nie jestem pewna czy z Egiptu jest bliżej do Ameryki czy do Polski ( geografia nie jest moją mocną stroną), ale mama była Amerykanką więc, gdy przybyłam tam do domu Brooklińskiego czułam się tak jakbym odzyskała dawno utracony dom. Tu wszystko było obce. Miejsce, ludzie i ten dziwny szeleszczący język, którym się posługiwali. Mieliśmy też mały problem z transportem. Okazało się, że w Polsce nie wystarczy zagwizdać na taksówkę, żeby ta się zatrzymała. Wymachiwaliśmy na nie rękami jak wariaci, Lena nawet usiadła Percy'emu na barana i trzymała kartkę z napisem „ podwieźcie”. Syn Posejdona w końcu nie wytrzymał. Zrzucił siostrę z ramion i rzucił się pod nadjeżdżającą taksówkę. Kierowca wyhamował z piskiem opon w ostatniej chwili. Wysiadł i zaczął się drzeć na Percy'ego w tym dziwnym języku ( założę się, że były to same przekleństwa). Percy nie pozostał mu dłużny. Byłam córką Afrodyty więc mogłam uratować sytuację w jeden sposób. Stanęłam między Percy'm unoszącym z groźną miną długopis a taksówkarzem napinającym bicepsy. Kierowca miał góra dwadzieścia lat. Mój plan ma więc większe szanse powiedzenia się. Uśmiechnęłam się do niego najsłodziej jak umiałam.
  • Bardzo przepraszam za kolegę – powiedziałam machając zalotnie rzęsami i bawiąc się kosmykiem włosów ( przyznaję czułam się jak totalna kretynka) – Po prostu jesteśmy z Ameryki i nie wiemy jak u was zamawia się taksówkę. Kolega się wkurzył – powiedziałam wskazując palcem na Percy'ego – Ma ADHD – dodałam teatralnym szeptem wykonując gest kuku na muniu. Percy posłał mi mordercze spojrzenie. Taksówkarz patrzył na mnie jak zahipnotyzowany. Chyba nie umiał po angielsku. Tom wystąpił przede mnie i powiedział coś tym dziwacznym językiem. Taksówkarz mu odpowiedział. Tom chwilę grzebał w portfelu po czym podał kasę taksówkarzowi. Obaj ruszyli do samochodu. Tom usiadł na tylnym siedzeniu, a gdy zobaczył, że naszą jedyną reakcją były opadnięte ze zdumienia szczęki zawołał:
  • No co jest? Wsiadajcie.
    Upchaliśmy się więc całą gromadą na tylne siedzenia.
  • Gdzie kazałeś mu nas zawieźć? - spytała Annabeth.
    Tom zmarszczył brwi i powiedział:
  • Nie słyszeliście? Do rynku. Uznałem, że tam może być Bes.
  • Umiesz po Polsku? - spytałam zdumiona.
  • Nie – odpowiedział szczerze Tom.
  • No to jakim cudem dogadałeś się z tym gościem? - drążyłam temat.
  • On mówił po Angielsku. Wszyscy tu mówią po Angielsku – oznajmił święcie o tym przekonany Tom. Percy i Annabeth wymienili zaniepokojone spojrzenia.
  • Tom – powiedziała łagodnie Annabeth – Tu się mówi po Polsku. Tylko ty z naszej piątki rozumiesz tych ludzi – Tom słysząc te słowa wytrzeszczył na nią oczy. Popatrzył na nas wszystkich z niedowierzaniem kręcąc głową.
  • I żadne z was oprócz mnie nie..? - spytał.
  • Nie, nie rozumiemy – potwierdziliśmy chórem.
  • Zaraz, po Angielsku już też umiesz, prawda? - powiedziała Annabeth i nie czekając na odpowiedź dodała – To intrygujące, Polski, Angielski..tak to trzeba przemyśleć..
    Nie odzywała się przez resztę drogi myśląc o czymś intensywnie. W czasie jazdy Percy opowiadał nam misje, w których brał udział i bitwy o sztandar. Wszystko to było bardzo ciekawe. W końcu dojechaliśmy do rynku. Kierowca taksówki podał mi karteczkę z numerem telefonu. Podziękowałam z uśmiechem i odeszłam pośpiesznie. Wyrzuciłam karteczkę, gdy tylko taksówka zniknęła z pola widzenia. Rynek był ładny i nawet duży.
  • Widzicie gdzieś Besa? - spytała Lena układając dla żartów ręce w lornetkę.
  • Nie – stwierdziła Anabeth – Mam pomysł. Podzielmy się na mniejsze grupy. Każda będzie szukała Besa. Za trzy godziny widzimy się w tej kawiarni.
  • Ja z tobą jestem w grupie– powiedział Percy z szerokim uśmiechem.
  • To my we trójkę – powiedział Tom nie patrząc na mnie. Chłopacy to idioci. - Sios..to znaczy Lena, idziemy.
  • Co? - Lena wyglądała na oburzoną – Nigdzie z wami nie idę. Chcę sama!! - odwróciła się na pięcie i odeszła.
  • To mamy trzy zespoły – powiedział Percy.
  • Że jak? Ja z nim\nią?! Nie!! Chcę sama\sam – wykrzyknęliśmy jednocześnie z Tomem odskakując od siebie gwałtownie. Na twarzy Annabeth wykwitł lekki uśmiech zrozumienia i rozbawienia.
  • Nie. Wy będziecie razem. Nie możemy się całkowicie rozproszyć. Do zobaczenia.
    Odwrócili się bezczelnie i odeszli.
  • Świetnie – prychnęłam odwracając się do Toma plecami – Ja z tobą nigdzie nie idę.
  • Ale musisz – powiedział.
  • Ale nie pójdę nigdzie z tobą! - krzyknęłam jak rozpuszczone dziecko.
  • Może nie z własnej woli – przyznał. Coś chwyciło mnie w pasie. Krzyknęłam. Ten bezczelny syn Zeusa przerzucił mnie sobie przez ramię jak worek z mąką. Bezczelne. Ale imponujące...Ech, Lissa skup się. Trzeba dokopać temu idiocie albo chociaż mu przygadać.
  • Puszczaj mnie!! - krzyknęłam waląc go wściekle pięściami w plecy.
  • Dobra. Jeśli obiecasz być grzeczną dziewczynką i poszukać ze mną Besa. Obiecujesz.
  • Ych dobra, ale puść mnie..I to już – posłuchał mnie i odłożył na ziemię zaskakująco delikatnie.
  • To gdzie teraz? - spytał Tom beztrosko.
  • Obejdziemy cały Rynek. Ty możesz się popytać ludzi o Besa. - odpowiedziałam po chwili zastanowienia.
  • Dobra – zgodził się Tom. Przez kolejną godzinę chodziliśmy po rynku realizując mój plan. Bez skutku. Kupiliśmy za to obwarzanki. Były pyszne. W pewnym momencie zobaczyłam jakąś chińską kobietę z dziesięcioletnim synem. Wyglądali podobnie jak my na turystów.
  • Chodź, chcę coś sprawdzić – syknęłam do Toma. Pociągnęłam go za słup obok, którego stali Azjaci. Przysłuchałam się ich rozmowie. Tak, z pewnością mówili po chińsku.
  • Rozumiesz co mówią? - spytałam szeptem Toma. Skinął głową.
  • Chłopak marudzi, że chce wracać do hotelu, a matka mówi, że idą jeszcze na wierzę mariacką – powiedział, a po chwili spojrzał na mnie i zmarszczył czoło – Czemu mnie o to pytasz? Wiesz, że nie ładnie jest podsłuchiwać?
    Poczułam, że się rumienię. Przypomniało mi się jak te same słowa powiedziała mi pani w przedszkolu. Dawne dzieje.
  • Wiesz, że oni mówili po chińsku ./– powiedziałam czekając na jego reakcję. Tom tylko jęknął.
  • Współczuję kolejnej niesamowitej zdolności. – powiedziałam klepiąc go w geście pocieszenia po ramieniu. Roześmiał się.
  • To idziemy rozglądać się za Besem? - zapytałam.
  • Nie. Twój plan był do bani. Teraz pora na mój – powiedział.
  • Okej, a jaki masz plan?
    Tom wyszczerzył do mnie zęby w uśmiechu. Wow on chyba wszystko ma proste i równe.
  • Idziemy na wieżę mariacką – oznajmił

............................................................................................

  • Tom Bes na pewno nie lubi starych zakurzonych zabytków. Go tu nie będzie – gderałam mu nad głową, gdy zamawiał bilety na wieżę.
  • Idziemy – oznajmił tylko z złośliwym uśmiechem machając mi biletami przed nosem. Tak. Ten facet coraz bardziej mnie irytował.
  • Ja nie chcę iść – powiedziałam krzyżując ręce na klatce piersiowej.
  • Nie powiesz mi chyba, że masz lęk wysokości. – powiedział z łobuzerskim uśmiechem.
  • Jasne, że nie ty nędzny nudziarzu i udowodnię ci to włażąc na tą głupią wieżę. Chodź – powiedziałam ruszając w górę po schodach. Nie odzywałam się przez całą drogę. W końcu weszliśmy na balkon. Bez zastanowienia podeszłam do barierki i spojrzałam w dół..Wrzasnęłam. Przeklęty lęk wysokości!!! Myślałam, że mi przeszedł w ciągu tych trzech lat. Niestety myliłam się. Bez zastanowienia zarzuciłam ręce na szyję Toma, a nogami objęłam go w pasie i tak uczepiona niego zaczęłam krzyczeć prawie płacząc:
  • Zabierz mnie z tond!! No zabierz!!
    Tom wziął mnie na ręce i zaczął schodzić po schodach. Dopiero pod koniec zdałam sobie sprawę, że nie jesteśmy wcale tak wysoko, a ja tulę się do niego jak małe dziecko i ryczę w jego koszulę.
  • Puść mnie – powiedziałam władczo. Jej, chyba naprawdę jestem spokrewniona z Kleopatrą, bo posłuchał. Postawił mnie delikatnie na twardym gruncie.
  • Sama bym sobie poradziła. Nie musiałeś mnie nieść – oznajmiłam z godnością choć wiedziałam, że to kłamstwo. Zanim Tom zdołał coś odpowiedzieć odwróciłam się napięcie i ruszyłam przed siebie. Gdy wyszliśmy na dwór naszych uszu dobiegł znajomy głos.
  • Lena – powiedzieliśmy jednocześnie z Tomem patrząc na siebie. Pobiegliśmy w stronę, z której dobiegał jej głos.
  • Ty koński zadzie! – wrzeszczała Lena do lajkonika, który rozdawał ulotki. Po chwili wybuchła stekiem przekleństw i to po angielsku, egipsku, grecku, łacinie i francusku. Taka przeplatanka.
    Lajkonik patrzył na nią przerażony. Chwyciłam Lenę od tyłu i próbowałam ją przytrzymać podczas gdy Tom rozmawiał po Polsku z lajkonikiem.
  • Idziemy – powiedział po chwili stanowczo i pomógł mi odciągnąć z tam tond wściekłą Lenę. A wściekła Lena to spory problem. W końcu udało nam się ją zaciągnąć nad rzekę. Tam się wyluzowała i wyjaśniła, że nigdy nie spotkała się z tego typu kampanią reklamową. Myślała, że lajkonik to kolejny potwór, a potem, gdy przekonała się, że nie, uznała go za totalnego debila. Siedzieliśmy więc tam w trójkę nie rozmawiając. Patrzyłam beznamiętnie w wodę myśląc o tym jaką siarę sobie dzisiaj zrobiłam na tej wieży. Zaraz czy mi przeszkadza fakt, że widział to Tom?Nie, jasne, że nie. Nie obchodzi mnie jego zdanie na temat mnie. Dobra Lissa oszukujesz samą siebie. Jasne, że cię obchodzi. I to niestety bardzo...Z zamyśleń wyrwał mnie krzyk Leny. Patrzyła z przerażeniem na rzekę, na której znajdował się ruchomy obraz Annabeth, która stała na tle łazienki publicznej.
  • Annabeth za burtą – krzyknęłam.
    Słysząc moje słowa przewróciła tylko oczami i powiedziała: - To jest iryfon Lisso.
  • Aech ..em co? A ta iryfon jasne, ale ja głupia. – powiedziałam z sarkazmem.
  • Musicie tu przyjść – powiedziała Annabeth nagląco – Och, musicie zobaczyć to hm, a właściwie ...go..W każdym razie chodźcie tu. Już!!
  • Zaraz, ale tu znaczy gdzie? - zapytał Tom.
  • Och no przecież w tej kawiarni co mieliśmy się spotkać – odpowiedziała poirytowana naszą niewiedzą Annabeth.
  • Tej co mieliśmy być pół godziny temu, hę? Czemu wy już tam jesteście?
    Twarz Annabeth pokryła się purpurowym rumieńcem. Blondynka spuściła wzrok i powiedziała zawstydzona: - Bo my z Percy'm mieliśmy ostatnio trenować najmłodszych herosów. Percy w szermierce, a ja w mitologi. Nie mieliśmy czasu sam na sam, a co dopiero na randkę...więc my nom ...skorzystaliśmy z okazji, ale i tak przyjdźcie...to jest ważne i to bardzo!!
    Czy ja się czuję zazdrosna? Czy mi się podoba Percy czy Tom? Boże dzieci Afrodyty widocznie mają skopane życie miłosne. Usłyszałam odgłos spłukiwanego kibla.
  • Muszę kończyć – powiedziała Annabeth – ktoś zaraz wyjdzie z kabiny.
    Córka Ateny machnęła ręką i obraz rozmył się.

sobota, 22 lutego 2014

Boaterowie



 Imię i nazwisko: Percy Jackson,
Rodzice: Sally Jackson, Posejdon,
Wiek: 18 lat
Rodzeństwo: Helena Jackson,
Broń: Miecz Orkan,
W związku z: Annabeth Chase,
Moc: woda,
Znaki szczególne: lubi niebieskie jedzenie,
Imię i nazwisko: Annabeth Chase,
Rodzice: Fryderyk Chase, Atena,
Wiek: 18 lat
Broń: sztylet,
W związku z: Percy Jackson,
Moc: jej własna inteligencja,
Znaki szczególne: lubi architekturę,
Imię i nazwisko: Sadie Kane,
Rodzice: Ruby i Julius Kane'owie,
Wiek: 15 lat,
Rodzeństwo: Carter Kane,
W związku z: Walt Stone,
Broń: laska,
Moc: ścieżka Izydy,
Znaki szczególne: niewyparzony język,
Imię i nazwisko: Carter Kane,
Rodzice: Ruby i Julius Kane,
Wiek: 17 lat,
Rodzeństwo: Sadie Kane,
W związku z:  Ziyą Rashid,
Broń: chepesz,
Moc: ścieżka Horusa,
Znaki szczególne: jest poważny i mądry,
Imię i nazwisko: Ziya Rashid,
W związku z: Carter Kane,
Broń: laska i różdżka,
Moc: ogień,
Znaki szczególne: była okiem Ra,
Imię i nazwisko: Walt Stone/Anubis,
W związku z: Sadie Kane,
Moc: ścieżka Anubisa,
Znaki szczególne: jest okiem Anubisa, w którym kocha się Sadie,
Imię i nazwisko: Helena {Lena} Jackson,
Rodzice: Sally Jackson, Posejdon,
Wiek: 14 lat,
Rodzeństwo: Percy  Jackson,
Broń: sztylet od ojca, który zmienia się w miecz lub trójząb,
Moc: woda , lód,
Znaki szczególne: je dużo, a tyje mało,
Imię i nazwisko : Lissa Hariri,
Rodzice: Abdul Hariri, Afrodyta,
Wiek: 15 lat,
Broń: sztylet od matki i laska,
Moc: ścieżka Neftydy,
Znaki szczególne: lubi gołębie,
Imię i nazwisko: Tom Morel,
Rodzice: Genenvieve Morel, Zeus,
Wiek: 16 lat,
Broń: łuk i strzały,
Moc: wiatr, błyskawice,
Znaki szczególne: kocha się w Lissie i przekłada to ponad wszystko,
 Kaya Scodelario Png by thisisdahliaImię i nazwisko: Thalia Grace
Rodzice:Zeus, Pani Grace,
Wiek: cięzko określić,
Rodzeństwo: Jason Grace,
Broń: łuk i strzały, Egida,
Moc: błyskawice ,
Znaki szczególne: Jest łowczynią przez wiele lat była sosną więc cięzko jest określić jej wiek, mimo iż jest córką Zeusa ma lęk wyskości,
Nick Jonas Long Curly HairstyleImię i nazwisko: Nico die Angelo,
Rodzice: Maria die Angelo, Hades,
Wiek: ciężko powiedzieć,
Rodzeństwo: nieżywa Bianca die Angelo,
Broń: miecz z stygijskiego żelaza,
Moc: panuje nad umarłymi,
Znaki szczególne: przez pół wieku był w kasynie lotos, jest zakochany w Percy'm
Imię i nazwisko: Lucyna( Lucy) Kwiatkowska,
Rodzice: nie znani,
Wiek:16 niedługo 17 lat,
Rodzeństwo: nikt nie wie,
Moc: skrzydła,
znaki szczególne: Podoba jej się Tom ma nadzieje, ze to on pomoże jej odkryć prawdę o jej rodzinie,